Yearly Archives

53 Articles

dziennik pesymistyczny

Fleksitarianin z przypadku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jestem fleksitarianinem. Tak drogi czytelniku. Nie chciałem nim być, nie wiedziałem, że nim jestem, a jednak nim jestem. A jak już nim jestem, to postanowiłem być z tego faktu dumny i zadowolony. Odkryłem też że przez większość mojego życia byłem fleksitarianinem i nawet o tym nie wiedziałem. W mrocznych czasach dzieciństwa, w okresie słusznie dawno minionym, za lat młodzieńczych, w nowej Polsce, w pierwszej pracy i na kolejnych szczeblach kariery, w korporacji, w firmach rodzinnych i na państwowych posadach, podczas prowadzenia własnego biznesu, w trzeciej Rzeczpospolitej i w tej czwartej, przez wszystkie te lata byłem mimowolnym fleksitarianinem. I co gorsza nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Ale przyszedł ten dzień objawienia. Pewna pani z telewizji oznajmiła podczas programu kulinarnego, że jest fleksitarianką. Nie żebym od razu zareagował na to kulinarne wyjście z szafy (Coming out – dla tych co nie mogą bez angielskiego), bo przecież nie wiedziałem nawet, co to takiego. Ale po zgłębieniu tematu doszedłem do wniosku, że byłem i jestem zajadłym fleksitarianinem. Od razu wszystkich uspokajam, że nie wstąpiłem to religijnej sekty, nie postanowiłem zmieniać świata za pomocą przemocy (przynajmniej na razie), nie mam dziwnych zapędów erotycznych ani nie studiuję dziwacznej idei politycznej.

To pani z telewizji odkryła we mnie fleksitarianina, a raczej nazwała to co było nienazwane. Opadły mi łuski z oczu i ujrzałem świat inaczej, do moje życie kulinarne chmurne i durne nagle nabrało kolorów, bo mogłem je nazwać, zaszufladkować. Mogłem przyłączyć się to tych znanych i lubianych, ba nie tyle mogłem, co odkryłem, że jestem im równy przynajmniej w sposobie żywienia. Mam jedną wspólną cechę (dobra, po za oczywistymi z racji gatunku i rasy) z tymi, co to w telewizji ukazują mi sens i cel życia.

Ale nie tylko moja skromna osoba w tak przypadkowy sposób odkryła, kim naprawdę jestem. Ta która uprzytomniła mnie z ekranu również przez zbieg okoliczności odkryła, kim jest naprawdę.     – Dowiedziałam się przez przypadek, że całkiem nieświadomie i to już kilka lat temu zostałam fleksitarianką. O co chodzi? Otóż mięso jem sporadycznie. W zasadzie mogłabym się bez niego obyć, ale wegetarianką nie śmiałabym się nazwać, bo jednak czasami mam ochotę na trochę mięsnego białka: na kurczaka z grilla, pieczoną rybę czy nawet chudego tatara. Nachodzi mnie może raz w tygodniu. I tyle wystarczy żeby stać się fleksitarianinem. Nigdzie o tym wcześniej nie słyszałam, ale teraz okazuje się, że zupełnie intuicyjnie stosuję ponoć najzdrowszą dietę świata – przeczytałem na blogu kingarusin.bloog.pl we wpisie zatytułowanym Seksi Fleksi.

Jakaż bliska jest mi twoja filozofia Kingo Rusin! Ja mam tak samo. Mnie też przypadek uświadomił. To dzięki tobie wiem, że moja dieta ma teraz sens.  Przecież ja podobnie całkiem nieświadomie i to już kilkadziesiąt lat temu zostałam fleksitarianinem. Mięso jadam sporadycznie. Wołowiny nie widziałem już… nie pamiętam od kiedy. No dobrze, nie tyle nie widziałem, bo mogę na nią popatrzeć w sklepie, co nie smakowałem, ale smaku też nie pamiętam. Szczególnie w ostatnich latach stałem się ortodoksem w swej nowo nazwanej diecie. Czasem coś tam chapnę mięsnego. Skrzydełko z kurczaka. Czasem trochę wieprzowiny, jeśli jest akurat w promocji. Czasem rybę, gdy kończy się jej w sklepie okres przydatności do spożycia. W zasadzie obywam się bez mięsa, ale wegetarianinem nie śmiałbym się nazwać, bo jednak czasami mam ochotę na trochę mięsnego białka. Jednak moja codzienna dieta to przede wszystkim warzywa i czasem owoce. Nie powiem, czasami (no dobrze przeważnie) mam ochotę na: kurczaka z grilla, pieczoną rybę czy nawet tatara, ale to dla mnie za drogie, więc pałaszuje ziemniaki lub sałatkę.

I choć zostałem fleksitarianinem z przypadku – podobnie jak znana prezenterka – to teraz odczuwam radość i wzruszenie, że intuicyjnie stosuję ponoć najzdrowszą dietę świata. Odczuwam też wdzięczność, bo przecież do niedawna myślałem, że nie jadam mięsa częściej, bo mnie na nie zwyczajnie nie stać, a tu proszę jest inne wytłumaczenie. I to, jakie eleganckie. Jakżeż modne i jakie subtelne. Jestem fleksitarianinem i jestem z tego dumny, bo inaczej byłbym tak pospolicie biedny.

dziennik pesymistyczny

Domniemamy bruderszaft z mundurowym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Wracałem ci ja nieborak do domu z przyjęcia gdzie wypiłem, no nie powiem, wypiłem, nawet nie wiem ile, bo kto by tam liczył w przyjemnym towarzyskie. Wracałem dla przyjemności piechotą, bo postanowiłem się przejść w uroczych, choć mroźnych, okolicznościach przyrody. A tu nagle wyrasta mi na drodze dwóch nieułomków, co to za twarz bez wyroku od razu pięć lat. Przyjemniaczki od razy zaczynają się spowiadać jak to często w takich razach bywa, że wszystko przegrali w pokera i teraz groszem nie śmierdzą, a pić się im chce. Opowiadają jak to wczoraj wyszli z więzienia, a do domu mają daleko. Wspominają też, że żony ich rzuciły, a temu mniejszemu pies zdechł przed tygodniem, obaj też co najmniej od osiemdziesiątego dziewiątego nic nie jedli. Ogólnie dramat.  Ja już wtedy wiedziałem jak to się skończy, bo przecież zawsze jakimś dziwnym trafem właśnie takich osobników przyciągam jak magnes. No i się nie pomyliłem, niestety.  Już po chwili prosili mnie o piętnaście złotych na bilet, o papierosa i o możliwość zadzwonienia z twojej komórki do umierającej babci w Zakopanym itd. Klasycznie chcieli wsparcia finansowego lub rzeczowego. Tłumaczyłem im – jak komu dobremu – że nie mam ani grosza, że nie pale a telefon zostawiłem w domu. Panowie byli jednak dość nieustępliwi i koniecznie chcieli sprawdzić czy aby na pewno nie posiadam przy sobie środków płatniczych, tytoniu oraz telefonu. „Wnet zakipiałem cały z tych moralnych strat, chciałem od razu jego rąbnąć w głupią pałę”, ale jak raz przypadkowym szczęściem w nieszczęściu pojawił się patrol mundurowych, więc panowie, co to chcieli usilnie coś pożyczyć nagle zniknęli jak pod wpływem magii.

Ja zostałem, bo to mnie napadnięto. To ja czułem się o ofiarą. – Wyliśmy? – zapytał mnie pan w mundurze przerywając w pół zdania moja oracje na temat  krzywd moralnych doznałem i możliwych strat majątkowych, których mogłem doznać. – Co się włóczysz po nocach nawalony? – dopytywał drugi funkcjonariusz.  Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że jestem z oficerami po imieniu. Ja nic takiego sobie nie przypominałem, ale jednak oni uparcie mówili mi per Ty.

Innym razem wracałem do domu ze spotkania, na której oprócz dobrego jedzenia był też alkohol. Wypiłem na przyjęciu kilka drinków, co skłoniło mnie oraz jeszcze kilku moich współbiesiadników do spaceru w drodze powrotnej do domu. Liczyłem, że w ten sposób pozbędę się z organizmu tych alkoholowych procentów. Podczas wieczornej przechadzki staraliśmy się przemknąć ulicami mojego prowincjonalnego miasta w ten sposób, aby nie rzucać się w oczy wystającym w bramach kamienic osobnikom. Szła sobie tak nasza wesoła gromadka spokojnie i choć zdarzało się, że któryś z nas zbyt głośno dyskutował ze swym towarzyszem spaceru, to w trosce o nasze bezpieczeństwo i spokój w mieście wzajemnie się uciszaliśmy. Faktycznie byłem w stanie, który służby mundurowe zakwalifikowałyby, jako wskazujący na spożycie, ale przecież daleko mi było do kroków nieskładnych.

Zbliżałem się do domu, więc pożegnałem się ze znajomymi, i pustawą o tej porze ulicą podążałem dalej do celu. Krok miałem zdecydowany, a że było mi raczej zimno to i tak nie miałem ochoty na śpiewy i głośna rozmowę z samym sobą. Nie śledziłem węża, nie tropiłem z nosem przy ziemi, nie zataczałem się tanecznie od krawężnika do krawężnika – po prostu zdecydowanie podążałem tam gdzie czekało na mnie ciepłe łóżeczko. Skręciłem za róg ulicy i tu nagle wyrosło przede mną jak spod ziemi dwóch panów w czarnych ubrankach oraz w jaskrawych kamizelkach z napisem wskazującym, że to oni tu strzegą porządku o nocnej porze. Starałem się ich grzecznie wyminąć, ale usłyszałem, że mam się zatrzymać oraz natychmiast wylegitymować. Zmroziło mnie, bo mam taką traumę z dawnych czasów i na widok munduru dostaję dreszczy, ale przypomniałem sobie, że przecież teraz to oni nam obywatelom wolnego państwa służą i nas bronią, więc poczułem się pewniej. I to mnie zgubiło. Odniosłem wrażenie, że powinienem zapytać o powód zatrzymania mojej skromnej osoby przez patrol umundurowany. A na dodatek jakoś tak mi się zebrało na wywód na temat wolności i praw obywatelskich. W tak zwanym „międzyczasie” z trudem, bo jakoś zaplątałem się we własnej garderobie, znalazłem jednak dowód osobisty, który przedstawiłem do wglądu organom porządku publicznego w liczbie dwóch Panów w czerni z jaskrawymi akcentami.

 I tu nagle mój nastrój radości nagle się zmienił radykalnie. Zdziwiło mnie, że jestem z tymi panami po imieniu. To znaczy oni ze mną są zaprzyjaźnieni, bo zwracali się do mnie per – Ty. Gdy bardzo grzesznie zapytałem czy ja też mogę poznać ich imiona, bo jak domniemywałem znamy się, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć okoliczności poznania. To nagle zrobiło się nie bardzo przyjemnie. Ja nagle z osoby po kilku drinkach awansowałem na pijaka, co to nie powinien się odzywać. Po chwili dowiedziałem się też, że jak się zaraz nie zamknę to wyląduję na dołku szybciej niż zdążę to nawet zauważyć. Panowie w mundurach dali mi jasno do zrozumienia, że jak się nie zamilknę to oni już będą wiedzieć, co ze mną, pijakiem zrobić. Oczywiście nie obyło się tu bez kilku grubszych słów w stosunku do mnie, których nie przytoczę, ale każdy pewnie je zna.

A ja przecież tylko grzecznie zapytałem o powód protekcjonalności i fraternizacji funkcjonariuszy w stosunku do mojej osoby. Bardzo daleki jestem od tego żeby nie doceniać pożytecznej pracy mundurowych, co to muszą się użerać, co noc z nietrzeźwymi. Naprawdę doceniam ich zaangażowanie, ich trud i ciężką służbę. Ale mam tylko taką maluteńka prośbę o to, żeby traktować nawet pijanego, lub tak jak w moim przypadku leciuchno zaprawionego z szacunkiem. Bo przecież, choć po kilku głębszych to jednak nadal mam swoje prawa. I zasługuję nie na tego Pana Pawła, a nie od razu pijaka. Bo przecież spożyłem alkohol za cenę zawierająca wysoką akcyzę, kupiłem go w legalnym sklepie, zapłaciłem za niego podatek VAT, więc w jakieś tam części sfinansowałem istnienie państwa zatrudniającego funkcjonariuszy w mundurach. Więc proszę z większym szacunkiem do mnie oraz do innych pijących.

dziennik pesymistyczny

Kłopoty z liczeniem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Nieważne kto głosuje i na kogo głosuje, ważne kto liczy głosy – mawiał Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili i niewątpliwie miał racje. A przynajmniej ta stara prawda sprawdza się idealnie w odniesieniu do naszych wyborów. Oczywiście nie chce być tu podobny w swoich osądach do prezesa Jarosława  który tradycyjnie jest przekonany o fałszowaniu każdych wyborów nawet tych wygranych przez jego partie. Ja tylko zauważyłem, że ogólnie rzecz ujmując nasza państwowa władza na spory problem legalizacją własnej władzy.

Nowy system informatyczny kupiony za relatywnie skromne pieniądze miał zapewnić wiedzę o wynikach wyborów już po kilku godzinach od zakończenia głosowania. Państwowa Komisja Wyborcza zapewniała obywateli przed wyborami, że system został wnikliwie sprawdzony a testy wypadły bardzo dobrze. A jak jest? Teraz każdy to widzi. Miało być dobrze, a wyszło jak zawsze. Choć tak wielkiej kompromitacji z podawaniem wyników wyborów dawno nie było. Państwowa Komisja Wyborcza kilka dni po wyborach nie jest w stanie podać wyników wyborów samorządowych i jak donoszą media nie bardzo jest w stanie ustalić, kiedy będą znane oficjalne wyniki. A przecież za organizację i przeprowadzenie tych wyborów zapłaciliśmy dwa razy więcej niż za poprzednie elekcje.

Rada Starszych czyli Państwowa Komisja Wyborcza – jak każdy mógł zobaczyć na własne oczy – nie bardzo jest zaznajomiona ze światem cyfrowym. Dla tych starszych panów oraz pani to jakaś czarna magia podawana „w postaci tych swoich cyferek, znaczków i temu podobnych hieroglifów”.

A jak już w końcu udało im się coś tam przy pomocy liczydeł, kalkulatorów i na palcach policzyć to okazało się, że wyniki zdecydowanie różnią się od wyników badań sondażowych a co czwarty z oddanych głosów jest nieważny.  – Uzyskano nieautoryzowany dostęp do baz danych strony internetowej www.pkw.gov.pl – potwierdziła w nocnym komunikacie Państwowa Komisja Wyborcza. Prezes Kongresu Nowej Prawicy niejaki Janusz Korwin-Mikke zaapelował, by w związku z problemami PKW przy liczeniu głosów wybory samorządowe zostały powtórzone. – Mamy poważny kryzys państwa! – wtóruje mu pan Gowin od niedawna prawy i sprawiedliwy, który też żąda powtórzenia wyborów. To wszystko wyjątkowo jest zabawne i już nawet nie na swój pokręcony sposób tylko tak zwyczajnie zabawne i już. Ale pocieszające jest to, że wszystko to ma swój pierwowzór w kultowym filmie „Miś”, bo jak się wzorować to na najlepszych.

– Czyli, że zasadniczo Pan się musi na tym rozeznać całkowicie żeby wiedzieć ile i gdzie… – pyta Stanisław Paluch pana inkasenta w komedii Barei. – Dotychczas tak było, ale teraz mamy komputer. Może Pan pisać co tylko Pan chce to nie ma żadnego znaczenia – odpowiada inkasent z „Misia” – Eeee, on się i tak zawsze pomyli przy dodawaniu, proszę pana. Nie było miesiąca, żeby się nie pomylił – dopowiadając po chwili. Czy ta filmowa scena z komedii nie pasuje jak ulał do obecnej sytuacji w Państwowej Komisji Wyborczej? Pasuje! I owszem. Każda konferencja prasowa PKW to jak obrazy żywcem wycięte z „Misia”. – Czyli, że teraz nie trzeba się tak znać na robocie? – pyta Stasiek Paluch z filmu Barei. A ja mam wrażenie, że to pytanie zadają dziennikarze członkom komisji. – A teraz już nie. Teraz jest dużo łatwiej, jest proszę pana – odpowiada inkasent całkiem jak przedstawiciel Państwowej Komisji Wyborczej.

Acha, na koniec chciałbym przypomnieć każdemu wyborcy – za reklamą namawiającą do uczestnictwa w wyborach – że jego głos jest ważny. Jeśli oczywiście jest policzalny.

dziennik pesymistyczny

Kronika policyjna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

 – W poniedziałek, 4 listopada, o godzinie 8:10 dyżurny straży miejskiej otrzymał interwencje, iż na ulicy Kilińskiego przy Staszica dochodzi do kradzieży płotu – przeczytałem na stronie pewnego lokalnego portalu informacyjnego. Po lekturze takich wiadomości zawsze dręczą mnie pytania czy sprawcy dokonali tego czynu zabronionego zwyczajnie z biedy czy też może, aby się wzbogacić na sprzedaży desek z płotu? Czy do tego straszliwego czynu pchnęła ich chęć zdobycia kilku złotych na chleb (nawet taki w płynie) czy raczej sprawcy chcieli po dokonaniu kradzieży zysk ze sprzedaży płotu wpłacić do banku i potem żyć w bogactwie do końca życia?

Chętnie poznałbym tło tych wydarzeń. Dowiedziałbym się czegoś więcej. Ale takie notki zawsze są takie suche. Zawsze mam wrażenie, że ich autorem nie jest dziennikarz, który w pocie i trudzie studiował ten trudny zawód latami lub zdobywał doświadczenie zawodowe przez lata, lecz policjant lub strażnik miejski, który zwyczajnie sporządził notkę z interwencji.  Potem zapisek trafił faksem lub maile do redakcji aby następnie w niezmienionej formie znaleźć się na stronie wśród innych doniesień, informacji oraz artykułów.

„Na miejsce wysłano patrol straży miejskiej, funkcjonariusze ujęli dwóch mężczyzn” – czytam dalej i znów z podświadomości do świadomości pcha mi taka chęć, aby poznać tło wydarzeń. Tak bardzo chciałbym poczytać jak przebiegła interwencja. Poznać jakieś szczegóły tej niebezpiecznej misji funkcjonariuszy straży miejskiej. „Na posesji stwierdzono rozłożoną część płotu w tym również deski drewniane” – przeczytałem i to był błąd, bo teraz będzie mnie męczyć pytanie bez odpowiedz: z jakiegoż to materiału wykonana była „rozłożoną część płotu”. Bo przecież, jeśli „w tym (były) również deski drewniane” to jakież, motyla noga, były te inne części niedrewniane?

„Jeden z mężczyzn przyznał się do kradzieży płotu” – donosi portal informacyjny. No dobrze, jeden ze sprawców się przyznał, a co drugim? Zaprzeczał? Nie przyznawał się? Twierdził, że tylko przechodził kierując swe kroki do kościoła? Nic o nim nie wiadomo. Wiadomo za to, że „sprawców zdarzenia przewieziono na I komisariat policji, gdzie zostali przekazani do dyspozycji oficera dyżurnego”. No tak, dobrze, ale nadal nie dowiedziałem się jak ich losem zadysponował oficer dyżurny? Co się z nimi stało? Same zagadki. Psia kostka, zawsze tak jest, że takie notki rodzą więcej pytań niże odpowiedzi.

dziennik pesymistyczny

Zgadzam się z prezesem, czyli „władza jest celem samym w sobie”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Z prezesem nigdy się nie zgadzałem. Staram się nie słuchać i nie czytać jego wypowiedzi, ale w kraju gdzie wszystko jest polityczne, takie podejście do sprawy nie jest łatwe. Dlatego też – jak powiedział klasyk – nie chce, ale musze. Tym razem prezes był łaskaw wypowiedzieć się na temat tego, co myśli o rządzących. Ja, jako obywatel miasta rządzonego przez Prawych i Sprawiedliwych od listopada 2006 roku postanowiłem jego słowa odnieść do tej władzy samorządowej, jaką znam i jaką obserwuje od ośmiu lat i musze przyznać, że po raz pierwszy zgadzam się z oceną sytuacji, jaką przedstawił prezes.

– Dzięki przewadze medialnej, we władzach wszelkiego typu, dzięki temu, że choć nie było terroru, ludzie zaczęli się bać, to mogło trwać przez siedem lat – podsumował wódz Prawych i Sprawiedliwych. I jak tu się nie zgodzić? Ta przenikliwość w ocenie władz mojego miasta naprawdę mnie wzruszyła. Według niego, jednym z założeń przyjętych przez obecnie rządzących było to, że: „władza jest celem samym w sobie”. Znowu bardzo trafnie.

– Ta władza wiedziała, że rzeczywistość jest inna niż oni opisują. W związku z tym musiała skorzystać z metody, która jest znana od wieków, ale która szczególnie rozwinięta była w komunizmie: media miały stworzyć zupełnie inny kształt rzeczywistości niż ten, który jest – ocenił prezes. Od razu przypomniałem sobie jak w maju bieżącego roku ujawniono w mediach, że magistrat poza obowiązującymi procedurami wydał ponad 145 tysięcy złotych. Pieniądze poszły na… gazetkę propagandową. Prezes to ma pamięć! Ja już prawie zapomniałem, a on pamiętał.

– Jest system, który służy mniejszości, zdecydowanej mniejszości, która za nic ma interesy większości obywateli. Ten system działa począwszy od samorządu, a skończywszy na władzach Warszawy. Mamy szanse zacząć to zmieniać – podkreślił prezes. Całkowicie się z tym zgadzam. Jest szansa na zmiany. Tylko w przypadku realnego wyboru miedzy dwie partiami sponsorowanymi przez państwo trudno mówić o zmianie systemu. To takie: zamienił stryjek siekierkę na kijek. Ale nie wchodząc w szczegóły zgadzam się ze słowami prezesa.

Słuchając tych wypowiedzi byłego premiera można by powiedzieć: nic dodać nic ująć. Gdybym tak właśnie zrobił, a nie zrobiłem. Tak, przyznaje, ująłem i wyciąłem ze słów prezesa troszeczkę i zostawiłem, co mi pasowało. Ale przecież miałem dobrych nauczycieli. Politycy w swych bezsensownych sporach robią to co ja codziennie, więc i ja – skromy prowincjusz – też sobie pozwoliłem na drobną manipulacje. Ale nie mogłem się powstrzymać. Przecież od ośmiu lat moim miastem rządzą Prawi i Sprawiedliwi. Dlaczego więc konwekcji partii nie urządzono tu właśnie? Przecież przy takiej okazji można by się pochwalić dobrymi sprawiedliwymi i prawymi rządami, dobrobytem mieszkańców, rozwojem miasta, spadkiem bezrobocia itd. Ośmioletnie rządy musiały przecież czymś zaowocować i powinny stać się dobrą podstawą do pokazania, czym dla obywateli będą rządy Prawych i Sprawiedliwych w innych samorządach. Bo jeśli jest tak dobrze, jak wmawiają nam lokalni działacze, to dlaczego prezes na stopniu krajowym nie chwali się miastem, w który jego partia rządzi od listopada 2006 roku?

dziennik pesymistyczny

Obywatel, choć nietrzeźwy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Człowiek pod wpływem alkoholu nie przestaje być człowiekiem i nie traci swych podstawowych praw obywatelskich. Jednak z przekazów medialnych wyłania się obraz państwa, w którym w konfrontacji z policją, zwykły obywatel będący „pod wpływem” prawie zawsze nie ma najmniejszych szans na zachowanie nawet minimum godności.

Państwo koncesjonuje sprzedaż alkoholu, czerpie z jego produkcji i sprzedaży ogromne zyski w postaci podatków a potem, gdy ktoś znajdzie się pod wpływem tej legalnie sprzedawanej substancji, automatycznie traci podstawowe prawa obywatelskie. Może czas umieszczać na butelkach z alkoholem ostrzeżenia podpisane przez stosowego ministra informujące, że po spożyciu traci się prawa obywatelskie i naraża się na pobicie i znieważenie przez policje.

Prawie rok temu pewien poseł twierdził, że został pobity przez policjantów. Na początku zareagowałem standardowo. Skazałem zaocznie parlamentarzystę na wieczne potępienie za to, że był pijany, że się awanturował i po prostu pasował do tego, co myślę o wszelkiej maści politykach. Jednak gdy usłyszałem w telewizji jak rzecznik komendy stołecznej policji przekonywał, że poseł zachowywał się „agresywnie i wulgarnie, chciał wydawać policjantom polecenia” to uświadomiłem sobie, że ja takie oskarżenia słyszę od mundurowych wręcz standardowo.

Po tym, jak w mediach ujawniono nagrania z monitoringu sprzed roku, na których wyraźnie widać, że to nie poseł wszczął bójkę, ale został przez policję pobity – wybuchła afera. Jednak z reakcji większości polityków wynika, że to poseł był winny, bo był pijany. Tak jakby stan upicia prowadził do czasowego zawieszenia praw obywatelskich. Prokuratura i policja nadal twierdzą, że to poseł atakował funkcjonariuszy, a oni tylko odpowiednio zareagowali. To bardzo ciekawe stanowisko. Bo nawet sześcioletnie dziecko może zobaczyć na filmie jak było i z łatwością policzyć jak policjantka szesnaście razy uderzyła parlamentarzystę pałką, a gdy poseł przed razami starał się wyrwać, chwyta go za pasek i usiłuje zdjąć mu spodnie. A przecież policjantom nie wolno stosować pałek wobec osób stawiających bierny opór.

Warunkiem użycia środka przymusu bezpośredniego wobec określonej osoby jest uprzednie wezwanie jej do zachowania zgodnego z prawem. Czy słowa – jak relacjonuje parlamentarzysta – o tym, żeby spierdalał, można uznać za „wezwanie jej do zachowania zgodnego z prawem”? Na filmie z zajścia widać wyraźnie, że policjantka bije leżącego posła. Czy to jest użycie odpowiedniego do rodzaju zagrożenia środka przymusu bezpośredniego?

Medialne doniesienia o brutalności funkcjonariuszy polskiej państwowej policji są już codziennością. Co kilka dni można przeczytać czy zobaczyć w telewizji relacje o nadużyciu przez mundurowych władzy, przekraczaniu uprawnień czy łamaniu przez nich prawa. Jak powszechnie wiadomo nasz naród jest trunkowy, za kołnierz nie wylewa to i pewnie nie raz trzeba, i trzeba będzie, zbierać z ulic tych, co to nie dotarli do własnych domów z powodu zbyt dużego spożycia. Ale nie może być tak, że w konfrontacji z policją, zwykły obywatel prawie zawsze stoi na przegranej pozycji.

Zdarza się, że nawet jak ktoś jest w stanie wskazującym, ale spokojny i nieawanturujący się to i tak nie ma szans w przypadkowych kontaktach z władzą, bo zawsze, jeśli nawet jest ofiarą a nie napastnikiem, to koronnym argumentem przeciw niemu jest to, że był pijany.

W czasach słusznie dawno minionych policja, o przepraszam milicja, była przynajmniej z nazwy obywatelska. Teraz jest państwowa. I chyba to stanowi różnice. Teraz to uzbrojone formacje nadzorcze, stojące zdecydowanie ponad prawem i w sposób szczególny prawnie chronione. Czy dlatego że służą państwu, nie społeczeństwu? Gdzieś już dawno zatarły się proporcje. Chyba już nikt nie pamięta, że głównym zadaniem policji jest służba obywatelom. Nie może być tak, że naruszania praw obywatelskich dopuszczają się ludzie, których podstawowych obowiązkiem jest stać na ich straży. No chyba, że tak nie jest.

dziennik pesymistyczny

Posprzątali na jesień!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Trzech panów w podeszłym wieku, w tym jeden z perspektywami, dwóch bez perspektyw wzięło udział w akcji „Posprzątajmy na jesień”. Porządkowali m.in. okolice naszego miejskiego Urokliwego Uroczyska.

Na akcję wspólnego sprzątania miasta wyruszyli przedstawiciele lokalnych mediów, środowiska z nimi związane oraz trzech panów w podeszłym wieku, w tym jeden z perspektywami, dwóch bez perspektyw. – Wspólnymi siłami uprzątnięto teren na pograniczu prowincjonalnego miasta i zatorza. Podczas akcji uzbierano jeden 5 litrowy worek śmieci – podkreśla rzecznik trzech panów w podeszłym wieku, w tym jeden z perspektywami, dwóch bez perspektyw.

Po sprzątaniu nastąpił okolicznościowy bankiet poprzedzony występami artystycznymi. Celem akcji było wspólne promowanie wartości ekologicznych, które w Polsce stają się coraz bardziej popularne. Podczas akcji odnaleziono między innymi butelkę po winie krajowym, dwie butelki po piwie, plastikowe kubeczki, kilka butelek po wódce, opakowania po słonych przekąskach, butelki plastikowe oraz innego rodzaju śmieci.

dziennik pesymistyczny

Posprzątajmy na jesień!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Już 5 listopada, w samo południe, rozpocznie się wielkie sprzątanie naszego miejskiego Urokliwego Uroczyska. Akcję po raz pierwszy organizuje trzech panów w podeszłym wieku, w tym jeden z perspektywami, dwóch bez perspektyw.

W tym roku posprzątane zostanie jedno miejsce znajdującego się na pograniczu prowincjonalnego miasta i zatorza. To już pewne, że sprzątać będą przedstawiciele lokalnych mediów, środowiska z nimi związane oraz trzech panów w podeszłym wieku, w tym jeden z perspektywami, dwóch bez perspektyw. W sumie jest to ok. 3 osób. Ale, co warto podkreślić, zaproszeni do sprzątania są wszyscy mieszkańcy i użytkownicy Urokliwego Uroczyska. Wystarczy przyjść na wskazane miejsce zaopatrzony w niezbędne do sprzątania rzeczy: worki i rękawice. Po sprzątaniu nastąpi okolicznościowy bankiet poprzedzony występami artystycznymi.

Trzech panów w podeszłym wieku, w tym jeden z perspektywami dwóch bez perspektyw zapowiada, że będzie organizować takie akcję dwa razy do roku lub do końca życia. W każdej weźmie udział ok. 3 osób. Organizatorzy liczą na zebranie jednego 5 litowego worka śmieci. – Dzięki takim akcją miasto robi się coraz czystsze. Możemy to zauważyć gołym okiem – cieszy się rzecznik trzech panów w podeszłym wieku, w tym jeden z perspektywami, dwóch bez perspektyw.

dziennik pesymistyczny

Prochem jesteś i w proch się obrócisz

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– W piwnicy mnie pochowajcie, w piwnicy mi kopcie grób – brzmią słowa starej knajpianej piosenki. To pragnienie wyrażone przez podmiot liryczny w tym dobrze znanym naszemu społeczeństwu utworze niestety nie jest łatwe do spełnienia w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, bo tu każdy jest własnością państwa, tak za życia jak i po swojej śmierci. Dosłownie ciałem i umysłem.

Gdy już zejdziemy z tego łez padołu nie możemy tak po prostu zapragnąć, aby nasze doczesne szczątki były złożone na wieczność tam gdzie sobie zażyczymy, bo jako państwowa własność mamy przecież obowiązki oraz podlegamy państwowemu prawu. Zgodnie z ustawą o cmentarzach i chowaniu zmarłych ciało osoby zmarłej może być pochowane w grobach ziemnych, murowanych lub w katakumbach. Według prawa groby, katakumby i kolumbaria mogą znajdować się tylko na cmentarzach, które z kolei mogą zakładać jedynie gminy (cmentarze komunalne) oraz władze kościelne (cmentarze wyznaniowe). A więc nici z pragnień, aby być pochowanym w piwnicy na wino z głową obróconą tam „gdzie do beczki będzie szpunt”.

To, że jesteśmy śmiertelni okazuje się zazwyczaj niespodziewanie, więc warto wcześniej wyrazić wolę, co do tego jak byśmy chcieli przeczekać wieczność. Co prawda możemy w akcie ostatniej woli zażądać lub ewentualnie bardzo poprosić bliskich, aby nas spopielili, bo polskie prawo w swej łaskawości dopuszcza to by nasze zwłoki mogły być poddane kremacji. Ale nawet w tym przypadku, gdy obrócimy się w proch nie mamy, co liczyć na to, że spoczniemy tam gdzie nam się spodoba. Nasze prochy – w sensie dosłownym – też muszą spocząć tam gdzie nakazuje prawo, czyli na cmentarzu.

W Polsce nie mamy prawa do dysponowania szczątkami naszych bliskich zmarłych. Nie ma, więc najmniejszej nawet nadziei, że zgodnie z prawem i wolą zmarłego ustawimy urnę z doczesnymi prochami naszego bliskiego na kominku. Nie ma też, co marzyć o tym, że będziemy mogli zgodnie z jego wolą rozsypać je w pięknych okolicznościach przyrody. To, co na Zachodzie jest popularną i akceptowaną praktyką, w Polsce jest zakazane i możemy za taki czy zostać skazani na wysoką grzywnę.

Rząd dodatkowo zamroził prace nad ustawą, która zalegalizowałaby specjalne „łąki pamięci” na cmentarzach. Czyli jesteśmy skazani na formalny grobowiec z wykupionym miejscem i ze stosownymi za nie opłatami. Póki co, to co się stanie z naszymi zwłokami, gdy już odejdziemy z tego najlepszego ze światów reguluje prawo spisane w 1959 roku.

A jakby tak jednak wymóc na bliskich to żeby nas skremowali? Przecież prochy są najbardziej sanitarnie czystą rzeczą, bo ciało poddawane jest spalaniu w ponad 700 stopniach i niewiele z nas pozostaje. Oczywiście można, ale jak już wspominałem nie ma, co liczyć, że spoczniemy w morzu lub wśród gór. Episkopat Polski w liście do wiernych z listopada 2011 roku napisał, że Kościół stanowczo sprzeciwia się praktyce rozrzucania prochów ludzkich w miejscach pamięci, na morzu, w górach czy gdziekolwiek indziej. Ciało i prochy ludzkie należy złożyć do grobu. Kościół nie sprzeciwia się kremacji, ale zaleca zachowanie dotychczasowego zwyczaju grzebania ciał zmarłych. W zasadzie to nie jestem zdziwiony, przecież to biznes, a biznes to biznes i trzeba o niego dbać.

Mechanizm kontrolny wypracował Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Przed wypłaceniem zasiłku pogrzebowego część oddziałów ZUS domaga się albo pisemnego oświadczenia, że pogrzeb się odbył, albo nawet zaświadczenia wydanego przez administrację cmentarza. Są jednak ludzie na tyle majętni, że nie zależy im na 4 tysiącach zasiłku. Są też zmarli, na których zasiłek nie przysługuje. I ci mogą w konspiracji rozsypać prochy bliskiej im osoby tam gdzie zmarły sobie tego życzył. Ale trzeba oczywiście pamiętać, że państwo czuwa i „kto narusza przepisy niniejszej ustawy i rozporządzeń wydanych na jej podstawie, podlega karze aresztu lub grzywny”.

 „Księdza do mnie nie wołajcie, niech nie robi żadnych szop” – brzmią słowa pieśni. Ale nawet to nie jest łatwe.  Trzeba pamiętać o tym, że w Polsce prawdziwy monopol na życie po życiu ma rzymski kościół. Nie jest prostą sprawą zrezygnować z obecności katabasa na własnym pogrzebie. Bo choćbyśmy za życia bardzo podkreślali fakt, że nam z wiarą rzymską nie po drodze to presja rodziny i środowiska jest tak dużo, że w wielu przypadkach niewierzący i niepraktykujący i tak mają religijne pochówki. Cóż taki i kraj i takie obyczaje. W Najjaśniejszej Rzeczpospolitej nie jest łatwo żyć, nie jest też łatwo umrzeć, i nie jest też łatwo zaznać spokoju po śmierci.

dziennik pesymistyczny

Sobota pracująca

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i systemie 4-brygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu wypoczynkowego lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy. Jak myślisz drogi czytelniku skąd pochodzi ten cytat? Nie, to nie są wymysły współczesnych związkowców. To cześć naszej historii, którą tak uwielbiają hołubić wszelkiej maści polscy politycy i biznesmeni. Tak brzmi dwudziesty pierwszy z postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1980 roku.

Nasz rząd, który przy każdej nadarzającej się okazji wskazuje jako swojego protoplastę ruch związkowy z lat osiemdziesiątych dwudziestego, po raz kolejny pokazuje jak bardzo różnią się jego oficjalne zapewnienia od rzeczywistych działań. Pod wpływem silnego lobby przedsiębiorców upadają kolejne zdobycze socjalne. Tym razem grupa posłów z Platformy Obywatelskiej zgłosiła pomysł zmian w Kodeksie pracy, które są w rzeczywistości wydłużenie tygodnia pracy, czyli likwidacją wolnych sobót.

– Jeśli przedsiębiorca nie da pracownikowi wolnego dnia za pracę w sobotę, będzie musiał mu wypłacić ekwiwalent – głosi zapis w proponowanej przez parlamentarzystów i wspieranej przez rząd zmianie ustawy. Dziś według przepisów pracujemy 5 dni w tygodniu, po 8 godzin. Za każdy dodatkowy dzień pracy powinien przysługiwać dzień wolny. Ale oczywiście wszystko to jest tylko teoretycznym ustawowym zapewnieniem. Przeważnie dodatkowy dzień wolny czy pieniądze za nadgodziny to fikcja.

Jak to zwykle bywa, zamiast walczyć z pazernością pracodawców, rząd postanawia zalegalizować nadużycia wynikające z łamania kodeksu pracy.  Stąd właśnie pomysł zmian: jeśli przedsiębiorca nie da pracownikowi wolnego dnia za pracę w sobotę, będzie musiał mu wypłacić ekwiwalent.

Nie wiem jak trzeba być ślepym żeby nie widzieć do czego to zmierza. Przecież pod zapłatą za nadgodziny ukrywa się w rzeczywistości wydłużenie tygodnia pracy. – Mówi się, że będzie można wybrać, czy będziemy chcieli pracować w sobotę, czy nie. Doskonale wiemy, że w rzeczywistości polski pracownik ma niewiele do powiedzenia. W wielu firmach tzw. wolny wybór będzie oznaczał narzucenie przez pracodawcę dłuższego czasu pracy – mówi serwisowi infoWire.pl Piotr Szumlewicz z Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych. Tak samo może być z rozliczaniem: to nie od pracownika – jak zakłada projekt zmian – tylko od szefa będzie zależeć, czy za przepracowany szósty dzień dostanie się wolne, czy otrzyma zapłatę.

– Oczywiście są osoby, które chciałyby zarabiać więcej i przyjdą chętnie do pracy w soboty. Jednak to rozumowanie jest niebezpieczne – dodaje przedstawiciel OPZZ. Jest wiele osób, które potrzebują pieniędzy, więc dlaczego by nie pracować po 16 godzin dziennie? – Kodeks pracy stworzono po to, by pracownik miał czas na odpoczynek. Polacy pracują długo – w wymiarze tygodniowym średnio 40 i pół godziny, w krajach Unii Europejskiej jest to 37 godzin. W wymiarze rocznym Polacy spędzają w pracy 2000 godzin, podczas gdy Holendrzy tylko 1400 – wyjaśnia Piotr Szumlewicz.

Nie tak dawno Sejm uchwalił nowelizację Kodeksu pracy wydłużającą do roku okres rozliczeniowy czasu pracy. Główne założenie nowelizacji to wydłużenie okresu rozliczeniowego czasu pracy z 4 do 12 miesięcy. Teraz likwidacja wolnych sobót. Co teraz? Szesnastogodzinny dzień pracy? Zniesienie płacy? Wypłata w bonach które można zrealizować w prowadzonym przez pracodawcę sklepiku? Może zakaz opuszczanie miejsca pracy? Co jeszcze?