Opowieści resetowanego

Obublikował pavvel dnia

Chciałem, choć na chwile się zresetować. Mieć wrażenie odrealnienia. Przestać myślę. Przestać działać. Byłem lekko zaatakowany przez zgubne wpływy alkoholu na organizm. Tak przyznaje, ale było mi za mało. Pognałem więc do najbliższego sklepu po szczęście w płynie i już po godzinie mnie nie było. To znaczy byłem, ale w odmiennym stanie świadomości.

Przed resetem, postanowiłem mimo deszczu wracać do domu piechotą.  Lazłem niespiesznie w deszczu, paląc papierosa. Starałem się go jak najbardziej ochronić przed deszczem, a i tak moje wysiłki zdawały się daremne. W prawo, w lewo, w górę, po schodach, ze schodów, ulicami, ścieżkami, przez park, przez place, aleje, idę sobie w deszczu i pale. I choć co do zasady to chciałem już jak najszybciej znaleźć się w domu, to z drugiej strony wizja samotności w tym domu spowalniała moje kroki. To pewnie nazywają ambiwalentnymi uczuciami.

Idę i patrzę sobie na mijanych ludzi spojrzeniem zdecydowanie obojętnym. Czasem odnoszę dojmujące wrażenie, że tylko ja istnieje a wszyscy inni, ci mijani na ulicach, widziani w sklepach i na placach, to tylko wytwór mojej wyobraźni. Nierealne byty. A istnieje tylko ja i cały ten świat sobie jedynie wyobrażam.

Postanowiłem, że będziesz tak leżał, chlał i użalał się nad sobą. Jednak ten cel wymagał jeszcze przygotowań. Na początek przywlokłem do domu siebie i całą torbę puszek. Zagnieździłem się w łóżku przed włączonym telewizorem, z laptopem na kolanach, telefonem w zasięgu ręki i rozpocząłem proces resetowania mózgu poprzez konsumpcje napojów wyskokowych. Szło mi całkiem znośnie, do czasu, gdy pobudzone alkoholem myśli, biegające sobie swobodnie, postanowiły zahaczyć o jej temat. To znaczy tej mojej byłej. No, i się zaczęło. Już nie było mowy o chilloutowym odprężeniu i przyjemnym odmóżdżeniu, bo znów zaczęła się bezsensowna jazda we wspomnieniach. Nie wiem, dlaczego z przeszłości pamięta się takie dziwne, na pozór nieważne sprawy i rzeczy. Niby takie wspominanie nie robi ci większej krzywdy, a jednak dusza – czy co tam jest w nas odpowiedzialne za wewnętrzne rozterki – bardzo boli.

Poza tym mam wrażenie, że ja już od lat wołam, krzyczę, ale nikt tego nie słyszy, nikt nie widzi mojego cierpienia. Szukam pomocy, ale nikt mnie nie zauważa. A i tak potem, już po wszystkim, wszyscy pewnie będą powtarzać, że nikt nie zauważyli. Nic nie wiedzieli. Nic nie słyszeli. Że to był taki miły pan, co każdemu mówił dzień dobry. I że nic nie zapowiadało tego, co się stało.

Wczoraj o mało nie skończyłem z tym wszystkim. Miałem większego doła niż przeciętnego dnia. Wiem, że u mnie o to łatwo, ale uwierzcie, to było coś jednak wyjątkowego. Tak specjalnego, że postanowiłem przeskoczyć na druga stronę.  Nie zrobiłem tego, bo do mieszkania przez otwarte okna wpadało przyjemne powietrze po wieczornej burzy. Jutro miało być słonecznie. No, i przecież miałem się spotkać z jedną panią. Pewnie i tak nic nie będzie z tego spotkania, bo mi się ostatecznie odechce, ale w tamtym momencie był to dobry powód na przedłużenie swojego doczesnego bytu. Jak to czasem mało potrzeba żeby odejść, albo zostać dłużej.

Wygląda na to, że na tym świecie człowiek jest niczym. Musi żyć lub się zżywać. Innego wyjścia nie ma. Albo przynajmniej ja go nie widzę. Innego świata nie ma. Pewną jest tylko śmierć i niepojęta udręką życia. Poza tym wszystko jest niestety płynne. Nie wolno się do niczego przyzwyczajać, go jak już coś oswoimy ze sobą to zwiększa się pewność, że to wszystko będzie stracone.

Czy coś zmieniłem tym resetowaniem? Niekoniecznie. Już po kilku godzinach snu obudziłem się z kacorkiem u boku i z dręczącą myślą o tym, że nie widzę sensu w dalszej mojej egzystencji.  Alkohol przestał mi pomagać w życiu i to jest dopiero tragedia.