Więzieniem, więźniem i strażnikiem

Obublikował pavvel dnia

Otacza mnie mrok. A raczej półmrok. Niewiele do mnie dociera światła ze świata na zewnątrz mojego pokoju. Przebija się głównie dźwięk. Przeważnie słyszę tylko szum ulicy. Odgłos silnika przejeżdżającego samochodu. Ryk syren i niebieskie światła karetek, wozów policji, straży pożarnej. Zza ściany dochodzi odgłos gwałtownie zamykanych drzwi. Kroki biegnącego po schodach. Ponownie kłapniecie drzwi wejściowych od klatki schodowej. Stłumione głosy z ulicy. Ten szum miasta jest ciągle obecny. Miasto, choć czasem wydaje się wyludnione, to jednak nigdy nie zasypia. Czuje zwątpienie. Wielkie zwątpienie. W siebie, w ludzkość, w świat.

Nie jestem tu zamknięty a jednak nie mam ochoty i potrzeby stąd wychodzić. I choć to nie więzienie, to jest to przecież cela mojej codzienności. Tu budzę się każdego ranka i tu zasypiam każdego wieczora. W dzień tylko trwam. Czuwam. W nocy ratują mnie majaki snu. Sen to rozluźnienie, takie wybawianie od przygniatającego ciężaru wspomnień i żalu. Dzień to oczekiwanie na sen. Leżąc w łóżku nasłuchuje tego co dzieje się w najbliższej okolicy mojej celi. Już nie tylko odgłosów zza okna. Nie tylko tych odgłosów ulicy. Ale też tych stuków, puków i innych dźwięków domowych. Tego, co dzieje się w kuchni, w łazience, w innych pokojach. Nasłuchuje odgłosów życia.

Wychodzę z mojego pokoju, bo przecież żyje i czasem muszę wyjść z życiowych powodów. I to jest jak zanurzenie się w zimnej wodzie. To tak jakbym z nagrzanej słońcem plaży wchodził do zimnego morza. Świat zewnętrzny ogarnia mnie swą zimną obecnością. Jest jak materialnie wyczuwalny żywioł codzienności i konieczności. Choć czasem przecież jest to też i chwila przyjemności. Spotykam ludzi. Żyje wśród nich. Jestem w zasadzie wysoko funkcjonujący. Ale to jakby czynności automatyczne. Jestem, oddycham, mówię, rozmawiam, jem, pije a jednak to wszystko jest poza mną. Tak jakbym oglądał to z boku. Jakbym był w moim życiu tylko widzem mojego życia. Jest dobrze i źle jednocześnie. Ale na pewno nie może być inaczej. Nie będzie nowego początku w tym życiu. Chyba żeby zacząć zupełnie od początku. Jeszcze raz na nowo. Ten cykl jest już definitywnie stracony.

Jest jak filmach. Choć może raczej jak w kinie. Jakbym oglądał na ekranie zdarzenia, których nie jestem uczestnikiem. Ożywia je to że na nie patrzę.  Moje postrzeganie powołuje je do życia. I czasem to uczucie, że to czego nie widzę tak naprawdę nie istnieje. Coś we mnie nie pozwala mi wychynąć z norki. Coś ciągle mnie tu trzyma w zamknięciu.  To moje myśli są moim strażnikiem. Mój umysł stworzył więzienie i powoduje strach przez wyjściem. Ja sam jestem jednocześnie więźniem i strażnikiem mego zniewolenie. Nigdy się pewnie z tego nie uwolnię. Nikt nie przyjdzie mnie uwolnić. Już w to nie wierze. Jestem i będę tu sam choćby nawet przy moim łóżku nagle stanął tłum ludzi.

I wciąż na nowo rozpatruje to, co powinienem już dawno zapomnieć. Kochałem ją. Kochałem ją zawsze. To że teraz jestem już sam, to co zrobiła, sprawiło, że teraz mogę ją kochać zawsze. Jakby nadal była blisko mnie to za to co zrobiła pewnie bym ją wcześniej czy później znienawidził. A tak, będąc sam, będąc bez niej, mogę ją kochać już zawsze. Ją lub tylko moje o niej wyobrażenie.


Komentarz

  1. Replyag
    ciekawe, bardzo ciekawe