Jak padłem ofiarą sneatingu

Obublikował pavvel dnia

Do dziś żyłem sobie spokojnie w przekonaniu, że jestem szalenie sprytny w sprawach damsko męskich i do pewnego stopnia jestem odporny na damską dwulicowość. Może nie jestem wirtuozem sprytu, ale jakoś sobie daje radę w życiu. Tak było, tak o sobie myślałem, do chwili, w której z lektury artykułu dowiedziałem się, że padłem ofiarą sneatingu. Teraz mam o sobie inne zdanie.

Nie wiecie co to takiego ten sneating? Już śpieszę z wyjaśnieniem. W skrócie sneating polega na umawianiu się na randki tylko po to, żeby się najeść za darmo. Jako osoba samotna o złamanym sercu, która nadal wzdycha do dawno straconej ukochanej nie umawiam się często na randki. Co też nie znaczy, że nie robię tego wcale. Zdarza się to, choć z wyboru nie jest to u mnie codziennością.

Umówiłem się z tą panią, bo była miła, urokliwa, powabna i nie ukrywam, że miałem w stosunku do niej wielce niestosowne zamiary. Spotkaliśmy się w restauracji, bo sądziłem, że tak będzie dobrze, że tak będzie romantycznie, właściwie, przyzwoicie i obiecująco. Pani zjawiła się punktualnie. Rozsiewała wokół urok i powab plus przyjemną woń perfum. A ja byłem dumny i podekscytowany i wielce sobie obiecywałem. Byłem też przygotowany finansowo, co u mnie nie jest normą, więc zaproponowałem żebyśmy coś zjedli i czegoś się napili. I tu się zaczęło.

Pani zamówiła dla siebie tyle i w takiej obfitości, że w miarę jak potrawy pojawiały się na stole zastanawiałem się jak to wszystko zmieści się w boć co bądź filigranowej osóbce. Przystawka, dwa dania główne, deser. Do tego jeszcze jeden deser. Tego co wypiliśmy nie policzę, a było tego sporo i to bynajmniej nie pośredniego gatunku. Oczywiście pani była zaproszona i czuła się zaproszona, więc dostarczony przez kelnera rachunek o mało nie zwalił mnie z nóg. Ale co tam, miałem gest. Coś mi tam nawet przeleciało w myślach niestosownego o dobrej inwestycji. Zapłaciłem.

Potem było jak w przedwojennej piosence. Kino, kawiarnia i spacer w księżycową jasną noc. I byliśmy szczęśliwi, weseli. Aż przyszła północ, a w zasadzie było już zdecydowanie po północy, kiedy pani postanowiła, że już czas i że ta godzina nas rozdzieli. I umówię się z nią na dziewiątą – że znów pojadę klasykiem – dnia następnego. I scenariusz w zasadzie się powtórzył. Nie ukrywam, że w sprawie tej pani liczyłem na więcej, ale zadowoliłbym się romantycznym rozwinięciem tematu i tym, że to początek pięknej przyjaźni.  Ale nie było mi to dane. To znaczy nie było mi nic dane. Bo nie spotkałem pani już nigdy więcej. Tak w mej bliskości jej nie spotkałem, bo i owszem widywałem i widuje ją nadal z oddali.

Z lektury artykułu wiem, że sneater z góry zakłada dwie rzeczy: po pierwsze – że to ta druga osoba zapłaci rachunek za posiłek, a po drugie – że już nigdy więcej się z nią nie spotkają. U mnie było pewne odstępstwo od tej normy, bo ja tak nie jeden a dwa razy zapłaciłem rachunek, a w zasadzie rachunki. Potem dopiero nigdy się nie spotkaliśmy. Pani jakby znikła. Rozpłynęła się jak poranna mgła. Dostałem blokadę w mediach społecznościowych. Nie odbierała ode mnie wiadomości i telefonów. Zacząłem się już nawet niepokoić. Miałem czarne myśli o tym czy aby nie została porwana i uwieziona. Tak miałem aż do chwili, gdy pewnego razu zobaczyłem przez szybę restauracji „moją” panią z innym panem. Siedzieli tam sobie przy suto zastawionym stoliku.

Z artykułu traktującym o zjawisku sneatingu dowiedziałem się, że „jeśli (…) mężczyzna deklaruje, że jest trochę staromodny i będzie swoją wybrankę traktował jak księżniczkę, to już dobrze rokuje” dla sneaterki. Powyższe w zasadzie uznałem za komplement, bo istotnie jestem trochę staromodny w sprawach damsko męskich.  Do tej chwili myślałem, że może panią czymś uraziłem, że może nie sprostałem oczekiwaniom, że to moja wina, moja bardzo wielka wina, że to mój pech taki zwyczajnie znów się objawił. Ale jak przeczytałem, że padłem ofiarą sneatingu to jakoś tak mi z tym lepiej. Bo przecież nie wiedziałem co to sneating.

Teraz już wiem i nie dam się złapać ponownie. Przynajmniej będę się starał temu zapobiec. Autorka tekstu o sneatingu uważa, że „wszyscy panowie deklarujący, że są za równouprawnieniem i mocno wspierają ruch feministyczny” są bezpieczni i sneaterki nie będą nimi zainteresowane. Dlatego od dziś deklaruje, że płace za siebie i tylko za siebie oraz to, że całym sobą wspieram ruch feministyczny i jestem za równouprawnieniem.