848

Obublikował pavvel dnia

Ja wiem, że to wszystko, co się wydarzyło, wydarzyło się naprawdę, ale tak gdzieś głęboko w sobie trzymam się kurczowo wiary, że to wszystko nie jest realne, że to wszystko tylko sobie wymyśliłem i jeśli bardzo będę tego chciał to obudzę się z tego koszmaru i znów będzie tak dobrze jak było. Będzie spokojnie. 

Wciąż na coś czekam, choć sam przecież nie wiem na co. Często ulegam złudzeniu, że nie wszystko już przeżyłem, nie wszystko się już wydarzyło i że przyszłość, jakkolwiek by nie była, istnieje.  Bardzo lubię te moje złudzenia. To pozwala mi żyć. Powstrzymuje we mnie chęć życia.  Ta ciągła podpowierzchniowa niepewność, że nie wszystko już było, że coś jeszcze będzie. Trzyma mnie tu na tym świecie chęć zobaczenia, co będzie dalej, ze mną i z tym światem. I choć racjonalnie rzecz ujmując wiem, że nie czeka mnie nic dobrego to jednak czekam na cud. Bo może cud nadejdzie i mnie ocali.

Życie jest mi przeznaczone. Jestem do niego przywiązany. To moja pokuta. Muszę tu być i co dnia od nowa przeżywać katusze egzystencji. Normalnego, codziennego życia. Samotności bez Ciebie to moja kara za grzechy z przeszłości. To moje przeznaczenie. Moja admonicja za czas, który zmarnowałem i za dni, które przepadły nam z mojej winy. Jestem tu i zostanę tu na długo zamknięty w więzieniu codziennego życia. Nie odejdę, bo nie mogę. Ogranicza mnie nie tylko moja niemoc sprawcza, ale też zwykłe poczucie winy za to, co stanie się, gdy odejdę i za to, co będzie, gdy zostanę. Moje trwanie tu to jak dawanie świadectwa. Jak wieczne udowadnianie sobie i światu, że wiem o tym ile błędów popełniłem. To dlatego tu trwam i nie mogę zaznać spokoju odchodząc.

Przysporzyłem Tobie, wam, nam, sobie tak dużo cierpienia. Cofnąłbym to gdybym tylko mógł. Ale nie mogę tego zrobić. Nikt nie może zmienić przeszłości. A przeszłość za bardzo ciąży abym mógł zmieniać przyszłość. Jestem zamknięty w codzienności. W powtarzalności dni. Bezsensownym trwaniu przez upływający czas. Jakbym stał obok i tylko to obserwował. Jakbym nie żył tylko oglądał film ze mną w roi głównej. Najnudniejszy film z najnudniejszych filmów. Taki, w którym w nieskończoność powtarzają się te same dni. Sen, poranek, dzień, wieczór, noc. Sen, poranek, dzień, wieczór, noc. Sen, poranek, dzień, wieczór, noc. Tak bez końca i bez pamięci o początku. Co dnia to samo i tak samo. Bez nadziei. Bez przyszłości. Tu i teraz każdego dnia i każdej nocy.

Nic nie wiadomo. Nie wiadomo czy się obudziłem czy nadal śnie. Czy jest w tym sens, czy raczej nie ma sensu?  Wszystko mi czasem jedno. To przerażające uczucie takie osamotnienie nawet jak się jest w towarzystwie. Jak nie ma się do kogo tak naprawdę odezwać wtedy, kiedy nie ma się właściwie nic do powiedzenia, tylko gadać się zwyczajnie chce. Ta samotność, gdy nie można nikogo przytulać, bo nie masz nikogo tak bliskiego żeby go można tak zwyczajnie niezobowiązująco przytulić. Najbardziej tęsknie za bliskością. Za tym, że miałem na kogo czekać i do kogo wracać. Za tym, że byłaś, gdy się budziłem i byłaś, gdy zasypiałem. Tęsknie za Twoją obecnością. Za włosem na umywalce. Za szczotką na stole. Za sukienką rozwieszoną na krześle. Za zapachem Twoich perfum. Właśnie tylko za Twoją obecnością. Może nie jestem sam, ale nadal jestem samotny.