Ogólne męczenie
Przyjmują ogólne standardy społeczne ja w swojej pracy wcale, ale to wcale się nie przemęczam. Można powiedzieć, że wykonywane przeze mnie zajęcie jest lekkie, łatwe i przyjemne. No to, dlaczego jest tak że jestem przez cały czas zmęczony? Nie chodzi już nawet o to, że wracam w tej fabryki do norki styrany jak koń po westernie i padam na łóżko z płonną nadzieją na sen do rana. Ja już budzę się zmęczony. I potem przez cały boży dzień łażę zmęczony. I ze zmęczenia zasypiam.
W Czterdziestolatku jest taka scena, w której główny bohater rozważając o swoim przemijaniu wygłasza takie zdanie (cytuje z pamięci): ferajna się wykrusza, czas porządkować papiery, bo co nas jeszcze czeka? Cztery olimpiady, osiem festiwali w Opolu, osiem festiwali w Sopocie. Też mnie dopadło ostatnio uczuciu, że życie przecieka mi przez palce. Ile mi jeszcze zostało? Sądząc po moich przodkach w linii męskiej, których długość życia oscylowała gdzieś w okolicach sześćdziesiątki, to nie zostało mi wiele do przeżycia. Znów cytując klasykę „już bliżej jest niż dalej…”. Tak, wiem o tym.
I to mnie męczy. Jestem już stary, choć faktycznie, przez moje niskie zużycie biologiczne, nie widać tego po mnie. Ale coraz częściej myślę o morzu, o plaży… a jak o tym, to wiadomo, dlaczego. Bo człowieka ciągnie do piachu. Statystycznie w tym uroczym kraju kobiety żyją średnio prawie osiemdziesiąt dwa lata, a mężczyźni siedemdziesiąt cztery. Jak widać nawet statystycznie zostało mi mniej niż więcej życia. I do tego jeszcze jakby było mało jestem ciągle zmęczony, cholernie zmęczony. Jeszcze jakbym chlał co dnia, to jeszcze bym rozumiał, że kac musi być i zmęczenie jest tu uzasadnione. Ale nie. Przecież ja nawet z oszczędności, z braku zainteresowanie tematem, czy właśnie ze zmęczenia, nie wale gorzałki tak często jak to robiłem kiedyś.
A jednak budzę się zmęczony. Potem w tym stanie człapie pod prysznic. Jem śniadania. I to mnie jeszcze bardziej męczy. W dni robocze wypełzam do pracy. I już zmęczony tam docieram. Tak, przyznaje, to nie jest harówka, a nawet można by powiedzieć, że raczej to przyjemna robota. Ale nie zmienia to faktu, że mnie to strasznie męczy. Po pracy wracam do norki. Jem patrzę w ekran, pisze coś, coś przeczytam i padam na chwile ze zmęczenia. No i budzę się wyczerpany… i tak każdego w zasadzie dnia. Nie czerpie dziś żadnej radości z życia.
Mijają dni. Tygodnie. Miesiące. Poza osamotnieniem i permanentnym znużeniem w tym przeludnionym, nijakim świecie nie czuje po prostu nic. Może tylko jestem smutny. Jestem zagubiony. Przygnębiony. Lękliwy. Zdezorientowany. Czasem nawet przerażony. Ale tak naprawdę przez większość dni, przez większość czasu nie czuje nic tylko zmęczenie.
Straszna nuda. Budzę się i myślę: naprawdę, znowu to samo? Jak to możliwe, że ludzie wokół nie wrzeszczą z nudów? Robię co mogę żeby coś poczuć. Chce coś przeżyć a nie tylko przeistnieć. Ale to nie przynosi ukojenia. To tylko wzmaga zmęczenie. Ja się naprawdę staram. Chce czegoś więcej. Robię coraz więcej. Ciągle więcej, i więcej, ale to nic nie daje. Nie ważne co robię, czuje tylko beznadzieje i odrętwienie. Nawet jak robię to, co lubię, nic to nie zmienia. Tylko zmaga we mnie zmęczenie.
Czas porządkować papiery. Bo co na mnie jeszcze czeka? Cztery olimpiady, osiem festiwali w Opolu, osiem festiwali w Sopocie… Ogólnie zmęczenie – jak zapisano kiedyś w mojej diagnozie. Tylko tyle.
