Między chcieć a móc

Obublikował pavvel dnia

Coraz częściej zastanawiam się czy nadal coś do niej czuje. Odpowiedz narzuca się sama. Jest dla mnie ze wszech miar oczywista. Tak, nadal moje uczucia względem tej mojej jedynej dawno utraconej są jak najbardziej szczere i pełne. Ale czy to tylko deklaracja czy tak jest naprawdę? Tego nie mogę już potwierdzić w pełni.  Nadal jest to dla mnie sprawą oczywistą i pierwszorzędną, że kocham i będę kochać, ale coraz częściej ten obiekt mojej wiernej miłości zaczyna zatracać swoje realne kontury i kształty.  Nigdy jednak nie przestane jej kochać, choć to bez sensu. 

Czy można tęsknić za kimś, kto kompletnie cię ignoruje od trzech lat? Do kogo piszesz z nadzieją na odpowiedz, a to pisanie jest jak z tym na Berdyczów. Od lat słyszę, że nie można tak kochać ponad rozstanie i potem tylko w samotności. Ja tak miałem i tak nadal mam. Ale teraz do mojej pewności, doszło nowe uczycie. Jestem tylko człowiekiem, więc mam prawo czasem wątpić w słuszność swojego postepowania i swoich decyzji. Więc robię to, co jest człowiecze.  Wątpię, nie jestem pewien, choć przecież to moje zwątpienia natychmiast zwalczane jest przez moją stuprocentową pewność. Nie potrafię lepiej tego stanu opisać.

Czy można przez tak wiele miesięcy, przez tyle lat, czekać choćby na mały znak? Czekać nie już na powrót ukochanej, ale tylko na choćby kilka minut zainteresowania z jej strony? Ja dla niej jestem jak martwy. A z nieżywymi się z zasady nie rozmawia. I choć na zdrowy rozum, tak z rozsądku powinno się porzucić nieodwzajemnione uczucie, to ja tego zrobić nie mogę. Ja nadal nie mogę z całkowitą pewnością powiedzieć, że mnie to nie boli ta dawna strata. Nadal tęsknie. Choć wszystko mi mówi, że to całkowicie bezcelowe. Ale ileż to rzezy robiłem i pewnie zrobię nie znajdując po fakcie w tym całkowicie żadnego sensu?

Czy nadal kocham? I znów w moim przypadku odpowiedz jest banalnie prosta i zupełnie dla mnie oczywista. Tak, kocham. Są takie dni, a szczególnie noce, w których ta moja pewność, co do uczucia, którym darze Tą jedyną, od lat nieobecną w moim życiu, jest aż nadal pewna, bo bardzo bolesna. Tak, nadal są takie noce, w których nie mogę spać z tęsknoty. Ale są też takie dni, no dobrze minuty, jakby odzyskiwania świadomości. Chwile, w których nie mam pewności, co do moich deklaracji i co do tego, co na co dzień i na co noc czuje. Czasami są takie chwile, które moi bliscy przyjaciele z pewnością nazwaliby otrzeźwieniem czy odzyskaniem świadomości, w których na ułamek sekundy nie jestem pewien.

I znów po tym zachwianiu przychodzą całe tygodnie całkowitej pewności. W tych tygodniach stałości nawet do głowy mi nie przyjdzie wątpić w słuszność swoich wyborów. W takich dniach moja wierność jest zwyczajnie naturalna jak oddychanie. Mój ból po stracie jest tak samo silny jak silny był w dniu, gdy to się stało. Nic i nikt mnie nie przekona wtedy, że nie mam racji. Jestem największym fanatykiem mojego uczucia, mojej miłości. Mam pewność.

Ale jak w każdej sytuacji zamroczenia są też dni zjazdu. Otrzeźwienia. Wtedy wydobywam się na momencik z tego mojego oszołomienia pewnością i mam moment, w którym myślę, że może to wszystko jest już stracone. A to co czuje na co dzień jest już zupełnie niepotrzebne a wręcz szkodliwe. To uczucie podobne jest do kaca po upojnej alkoholowej nocy. Nad ranem przeważnie większość spożywających jest zdecydowana, że to ostatni raz i już więcej i że nigdy, ale to przenigdy, nie wezmą alkoholu do ust. Z moim kochaniem i tęsknotą za moim Kochaniem jest podobnie.

Wypływam czasem na powierzchnię z deklaracją, że nigdy więcej nie pójdę na dno, ale jak każdy nadużywający wie dobrze, nie można tak po prostu przestać. I choć trzeźwieje z tej mojej bezcelowej, jak się wydaje w takich chwilach, miłości to nadal się nią upijam i już mnie to pochłania na całe tygodnie czy miesiące. Bo przecież jak pisał Michaił Bułhakow, któż to ci powiedział, że nie ma już na świecie prawdziwej, wiernej, wiecznej miłości? A niechże wyrwą temu kłamcy jego plugawy język!

Czy się z tego kiedykolwiek wyzwolę? Czy jest na to odtrutka? Czy jest wyzwolenie? Czy jest jakiś detoks? Nie wiem. Dostaje od wielu całe tysiące dobrych rad na ten mój stan zaślepienie bezcelową miłością, ale z żadnego nie mogę skorzystać. Bo to moje kochanie jest za silnie zakorzenione we mnie i chyba jak pasożyt żyje już we mnie własnym życiem. Nie mam nałogów. (Tak, słyszę ten śmiech, co poniektórych, co to teraz przeczytali moją ku temu deklarację). Powtórzę nie mam nałogów, bo z każdego z nawyków bez niczyjej pomocy mogłem wyjść zwycięsko. Tylko jedno jest dla mnie prawdziwym manią. Moja miłość do niej. Ja nigdy nie mogłem wyjść z tego nałogu, bo choć mogłem, to zdecydowanie nie chciałem. Tak przynajmniej myślę w tej chwile, bo przecież już tak silnej pewności nie mam i mam jednocześnie.