Dzień dobry, nie chce mi się
Obudziłem się dzisiaj z myślą, że nie wiem, po co się budzę. Nie żeby to było coś nowego. Raczej rytuał. Wdech, wydech, łóżko, znów łóżko. Telefon do ręki, scrollowanie obojętności. Ktoś gdzieś zjadł śniadanie życia, ktoś biega, ktoś się cieszy. Ja? Zastanawiam się, ile razy można jeszcze powtórzyć to samo „nie chce mi się”, zanim stanie się ono nową modlitwą. Nie mam depresji. Mam po prostu rozsądne podejście do rzeczywistości.
Czasami myślę, że życie to wielki przymus – wstawania, bycia kimś, robienia czegoś, udawania, że to wszystko ma jakiś sens. A przecież mogłoby nie mieć. I wtedy wszystko by się zgadzało.
Patrzę w lustro. Nie pytam „kim jestem?”, pytam raczej „czy znowu?” – znowu to samo odbicie, znowu to samo spojrzenie, które mówi: nie licz na nic, będzie jak zwykle.
Zrobiłem sobie kawę. Z mlekiem i wyrzutami sumienia. Zjadłem śniadanie, ale to głód spokoju mnie najbardziej gryzie. Nikt nie uczył nas jak żyć, tylko jak przetrwać do piątku.
Wyszedłem na balkon. Patrzyłem w niebo, które nie miało mi nic do powiedzenia. I dobrze. Przynajmniej ono nie udaje.
