Podobno życie to wieczna tęsknota za czymś, co trudno nazwać. Pamiętam i tęsknie za niewielką uliczką, przy której stało moje przedszkole. Gdy byłem jeszcze małym dzieckiem uliczkę zalewały tłumy z regularnością poranka i popołudnia. Ruch aut i ludzi wyznaczały pory dnia, w których mieszkańcy miasta szli do pracy a następnie z niej wracali. O innych porach maszerowały po uliczce setki przechodniów udających się do pobliskich biur w celach urzędowych. Kiedyś uliczka była tłumna, teraz jest senna.
Uliczka jest mi znana od zawsze. Mała uliczka zagubioną gdzieś na tyłach wielkich secesyjnych kamienic. Poznawałem ją dawno temu, gdy wychodziłem o poranku z domu holowany za rękę przez rodzica drepcząc w zaspaniu w stronę przedszkola. Pamiętam szary budynek. Gdy wspominam widzę go jak z czarnobiałej fotografii. To moje przedszkole przy ulicy Staszica. Moje a przecież nie moje w sensie posiadania. Raczej moje miejsce w tym czasie. Miejsce we wspomnieniach zakotwiczone w przestrzeni czasu.
Często się zastanawiałem, dlaczego wciąż, mimo upływu tylu lat, ciągle przechodząc tą uliczką przy tym właśnie gmachu doznaje takiego dziwnego uczucia. Nie wiem jak to uczucie nazwać. Coś między tęsknotą a niepokojem. Radością a smutkiem. Zawsze jak mijałem moje dawne przedszkole przypominałem sobie pewne zdarzenia, o którym zazwyczaj nie pamiętam, a tu na tej uliczce, przy tym budynku doznaje olśnienia a przed oczami odżywają radości i smutki małego człowieka.
To miejsce to katalizator czy raczej wywoływacz wspomnień. Zawsze, gdy myślę o przedszkolu czas w mych wspomnieniach jest jesienny. Szary budynek, przedwojenna przebudowywana wielokrotnie willa. Wielkie sale, jadalnia, szafki na ubrania, zabawki, leżanki, kuchnia z jej zapachem. Pamiętam. Tak to zapamiętałem. Tak to wspominam. I za tym tęsknie.
Chyba najbardziej i najsilniej pamiętam plac zabaw. A ścisłej to, co było za nim, czyli siatkowe ogrodzenie przedszkola. Pamiętam siebie stojącego przy tym płocie. Słyszę dzieci bawiące się na placu za mną. Stoję tam z dłońmi wplecionymi w oczka parkanu. Stoję wśród zwiędłych liści, z których z każda chwilą przybywa. W powietrzu zapach jesieni. Tkwię tam i patrzę przed siebie. W bramę budynku sąsiadującego z przedszkolem. Za bramą jest ulica. Na niej samochody. Jest też chodnik a na nim przechodnie. Jak sobie to przypominam to zawsze wraca do mnie to uczucie z dzieciństwa. Dziwny niepokój o to, że tak naprawdę nie bardzo wiem, gdzie jest ta ulica za bramą i czy jest tam naprawdę.
Moja znajomość topografii miasta nie była wtedy najlepsza. I przez to odnosiłem wrażenie, że ta ciemna brama, jest swoistym przejściem do innego wymiaru. Ba, jest innym wymiarem. Te pokazujące się w prześwicie bramy kształty pojazdów, ludzie zjawiający się i znikający po chwili, obrazy jak w kalejdoskopie, dźwięki spotęgowane przez czeluść bramy, zapachy. Wszystko to na chwile. Takie kino jednorazowe. Ulotne. Rówieśnicy oddawali się zabawie, a ja stałem patrząc w głębię bramy na to, co było za nią.
Potem pani przedszkolanka opowiedziała rodzicom o moim zachowaniu. Uznano, że jestem dziwny, bo tak samotnie stoję i nie chcę się bawić z innymi dziećmi. Nastąpiła interwencja dorosłych i już nie mogłem tam stać wpatrując się w bramę. Dopiero po kilkutygodniowym zakazie znów wróciłem na moje miejsce przy przedszkolnym płocie. To, że mnie tam zostawiono samemu sobie zawdzięczam pewnej pani z tego przedszkola, której szczerze wyznałem, na co patrzę.
Wczoraj wchodząc na moją uliczkę znów pomyślałem, że spojrzę przez mój kalejdoskop wspomnień, a tu… no nie… niema budynku mojego przedszkola! Wielka koparka rozwala ostatnie ocalałe ściany. Teraz tylko cegły, pył, robotnicy i ta pusta przestrzeń! Jak wielka rana we wspomnieniach. Wszystko się zmieniło. I choć brama za płotem nadal tam była, to już ten budynek będący odniesieniem do wspomnień, i do spojrzenia w przeszłość, przepadł na zawsze. Znika powoli mój świat, mój własny świat. Będę tęsknił.