Do świata z wyciągniętą ręką
Ile trzeba mieć w sobie odwagi żeby klęknąć na ulicy i wyciągnąć rękę po jałmużnę. Co zmusza ludzi do takich zachować, pewnie nigdy się nie dowiemy, bo każdy przypadek jest inny. Ja widząc taką osobę na ulicy chce wierzyć, że jest ona naprawdę w tragicznej sytuacji życiowej.
Rzecz dzieje się w pewnym prowincjonalnym mieście, które kiedyś było robotnicze a teraz jest raczej bezrobotne. Tam gdzie mieszkają ludzie jest i targowisko. Nad pewna rzeczką, która raczej ściek przypomina, wśród handlujących pietruszką, rzodkiewką, szczypiorkiem oraz wszelakimi owocami i warzywami ludzi. Wśród staruszek sprzedający, co tylko się da, bo czas jest taki, że wszystko można sprzedać, ale też czas jest taki, że wszystko trzeba sprzedaż żeby mieć, co jest. Wśród tłumu kupujących i kupującym towarzyszących. Klęczy na chodniku pod kolana podkładając sobie kawałek kartonika młoda dziewczyna. Ma pochylona głowę i wzrok wlepiony w jakiś fragment ulicznego bruku. Maleńka ubrana na ciemno postać w wyciągniętej dłoni trzyma kubeczek na monety i karteczkę z prośbą o pomoc, o datek.
Stojąc po drugiej stronie ulicy, można obserwować jak tą młoda dziewczyna klęczącą na chodniku, ludzie mijają obojętnie. A może nawet starają się jej nie zauważać. Jest jakby klękając na ulicy stawała się niezauważalna a raczej wygląda to tak jakby wysyłała jakiś niewidzialny sygnał nakazujący osobą idącym ulicą minąć ją wielkim łukiem. Czasem jakąś starsza pani zatrzyma się na chwile czytając kartkę z prośbą o datek. Poczyta pokręci głowa i ruszy dalej. Czasem pan wyglądający na zmęczonego życiem, pokiwa się nad żebrzącą radząc jej bełkotliwie, że „ jest jeszcze młoda i ładna więc są inne zarobkowe zajęcia”. Czasem dziewczynki i chłopcy z pobliskiej szkoły, jak to milusińscy, z dziecinną szczerością – poszydzą, ponaśmiewają się… i pójdą. Dziewczyna trwa w swej klecącej pozie jak by była uliczną żywą rzeźbą znaną nam z wycieczek do Krakowa. Jest zastygła w proszącym, niemym geście. Na setki przechodniów tylko jedna, dwie osoby na sto wrzucą coś do kubeczka. A i wtedy proszalny gest postaci nie zmienia się nawet na moment. Jak wielką trzeba mieć silę charakteru, jaką moc w sobie żeby w tym tłumie obojętności i szyderstwa trwać jak skała? Pomijam już aspekt ekonomiczny, który kogoś pcha do takiego szukania pomocy w społeczeństwie. Naprawdę trzeba podziwiać jej odwagę, wielu z pośród nas nie może zebrać się męstwo proszenia o pomoc w urzędzie pracy, a ta dziewczyna wystawia swoją słabość na ocenę tłumu.
W naszym społeczeństwie dzięki uprzejmości mediów mamy ustalony obraz żebraka. Jest to osoba narodowości cygańskiej, Rumun, powiązany z gangami, dla których żebranie jest sposobem zarobkowania. Fakt, takich ludzi jest wielu, ale ilu z nich do takiej pracy jest zmuszanych? Bo nie sadze żeby każdy z tych ludzi rano wstawał, mył się ubierał, jechał do pracy, tam przebierał się w strój roboczy, klęczał przez osiem godzin na ulicy, wracał do domu, przeliczał pieniądze a następnie przebierał się w markowe ciuchy i samochodem jechał wydać zarobiona tysiące w modnym klubie nocnym. A taki obraz żebraka jest nam przedstawiamy w mediach, obraz oszusta, któremu nic się nie chce robić wiec z lenistwa klęczy z wyciągniętą ręką w proszalnym geście.
Kazimiera Król, która od lat badała zjawisko żebractwa, radzi aby na miejsce żebrania wybierać miejsca o dużym natężeniu ruchu. Kościół, według pani Kazimiery, nie jest dobrym miejscem do pracy. I tu się należy zgodzić, sam słyszałem jak pewien ksiądz namawiał moją znajomą, która właśnie wsparła proszącego o datek młodego chłopaka, że robi gigantyczny błąd, bo lepiej dać pieniądze kościelnej instytucja charytatywnej i tam jakiś wszechwiedzący urzędnik będzie przecież lepiej wiedział jak pomoc temu chłopakowi, którego tak pochopnie moja koleżanka obdarowała pieniążkiem. Schody kościoła nie są najlepszym miejscem dla brania jałmużny, tak ludzie nie chcą widzieć biedaków wyciągniętą ręką. Jest niedziela, są ładnie ubrani, po co im to, – więc nie dają, dali już przecież na tace. Pani Kazimiera wskazuje, że najlepszymi miejscami do żebrania są centra dużych miast. Przejścia podziemne, dworce, przystanki, targowiska. Żebrak musisz być widoczny z daleka. Im dłuższy masz kontakt wzrokowy z przechodniem, tym trudniej mu będzie przejść obok ciebie obojętnie.
Żebractwo znane jest od początków ludzkości, w średniowieczu stało się nawet instytucją, jak niektórzy chcą wierzyć jest nią do teraz. W Polsce Ludowej żebraków nie było w ogóle – przynajmniej nie byli tak widoczni. Żebracy powrócili do Polski w latach 90. Jak się dziś szacuje, są ich setki tysięcy.
Są w Polsce badania socjologiczne nad żebrakami. Według opinii naukowców by żebrać profesjonalnie, trzeba wybrać jedną z sześciu podstawowych autoprezentacji żebraczych. Swoja drogą ciekawe ilu tych naukowców empirycznie sprawdziła prawdziwość swych przemyśleń.
Pierwszy to figura „nikt”, tam osoba żebrząca próbuje się wtopić w ulicę. Wbija wzrok w odległy punkt i zastyga nieruchomo. Trzeba przy tej figurze pamiętać o pojemniku na datki. Tu nikogo o nic nie prosisz. Jeśli chcą, ludzie wrzucą ci jałmużnę. Jeżeli żebrzący chce być „ofiarą losu”, musi na kawałku papieru opisać wszystkie plagi, które go dotknęły. Siada ze spuszczoną głową, wystawia w widocznym miejscu notkę biograficzną i czeka. Im skala nieszczęść przez niego opisana jest większa, tym wyższe datki. Pamiętaj trzeba jednak, żeby komunikat był na tyle zwięzły i czytelny, by wpadał w oko. Nie należy pisać elaboratów, bo nikt ich nie przeczyta. Wybierając figurę „kaleka”, nie można niczego ukrywać. Trzeba pokazać nieszczęście tak żeby było widoczne z daleka. Epatować nim przechodniów.
Łatwiej już żebrać na „kwestarza”, który nie zbiera pieniędzy dla siebie. Kwestarz jest tylko rzecznikiem cudzej sprawy. Zbiera pieniądze na operację dla dziecka, na leki dla matki, na przeszczep dla kuzynki, na ofiary wojny, na powodzian, na pogorzelców. Bardzo rzadko ktoś sprawdza, na co idą te środki. Najwyższą formą tej figury jest sprzedawanie krzyżówek na jakiś szczytny, ale bliżej nieokreślony cel. Można sprzedawać gazetki o niczym, cegiełki na cos tam szczytnego co nigdy nie powstanie. Ta formę żebractwa praktykują nawet niektóre instytucje państwowe i wyznaniowe. Ale to tylko podejrzenie, więc może to tylko moją paranoja.
Jeśli chcesz się żebrać na „dziada”, trzeba wiedzieć, że będzie się godzinami klęczeć ze spuszczoną głową. Pamiętaj, by pod kolana podłożyć podkładkę, radzą naukowcy. Dziada najczęściej można spotkać pod kościołem, na odpuście lub podczas procesji. Jest przypisany do naszej kultury, ale jak to pisałem przedniej niema z tego wielkiego zarobku.
Figura – „Współczesny trędowaty” jest w żebractwie ponoć nowa, ale niezmiernie popularną od początku lat 90. Jak średniowieczny trędowaty ostrzegał przechodniów kołatką, tak współczesny – wielkim napisem „Jestem chory na AIDS”.
Taka klasyfikacja jest ciekawa i można nią udowodnić dwie tezy. Jedna, że żebranie to sposób na lekkie zarobkowanie. I druga, w którą i ja chce wierzyć, to ta, że to jednak bieda zmusza ludzie do żebrania i to, że to chore społeczeństwo zmusza ich do takich zachować. Że sytuacja jest chora, gdy państwo prowadzi wojnę a ludzie żebrzą na ulicy. Zwycięstwo nowej polski, dwadzieścia lat kapitalizmu widać w kubeczku na datki tej młodej dziewczyny z ulicy mojego miasta.
Klasyfikacje żebraków oraz opinie naukowców o nich zaczerpnąłem z tekstu Cezarego Nazarewicza w Przekroju
