Zapiski w dniu następnym

Obublikował pavvel dnia

Walczyłem z szarością świata i teraz czuję się bardzo przegrany. Ale czasami tak trzeba. Wiem, że środek tygodnia nie jest najlepszym dniem na topienie smutków… ale też sytuacja była wyjątkowa. Niecodziennie przecież odchodzi z tego łez padołu człowiek, którego miałem zaszczyt nazywać przyjacielem. Dlatego też chciałem i musiałem. Choć wiedziałem już wtedy, że dnia następnego czeka mnie cierpienie. I nie pomyliłem się. Już z samego rana dotarło do mnie, że ten dzień nie będzie należał do najłatwiejszych w moim życiu. I na swoje nieszczęście miałem rację. Otworzyłem oczy świtem zapłakanym (mówiąc słowami poety) i pierwszą moją myślą było – pić! Całe szczęście, że dnia poprzedniego przezornie postawiłem w zasięgu ręki butelkę z wodą.  – Jak nie pijesz to myślisz – mawia mój znajomy z pracy. Ha, ale tym razem się mylił. Choć lekko zamroczony napojem wyskokowym wypitym dnia poprzedniego na tyle jednak byłem przytomny i przewidujący, że postawiłem płynne wyzwolenie z porannej suchości gardła tuż przy łóżku. Boże, jak ta woda mi pomogła. Jakiż ona miała smak! Gdy już wyrównałem bilans wodny w organizmie, dotarło do mnie, że nieuniknionym będzie przezwyciężenie boleści, powstanie z pościeli i udanie się do pracy. Właściwie to uświadomił mi ten bolesny fakt zegar, który nieubłaganie odliczał minuty. A ja nie chciałem się spóźnić do biura. – Musisz, musisz… tam ludzie czekają – osiągałem szczyty automotywacji.  I nagle nie wiadomo skąd przypłynął z zakamarków pamięci wiersz Broniewskiego. –  …powtarza, jak niegdyś w Genewie: – Kochani… ja muszę do kraju… – recytowałem stojąc już pod prysznicem sam zadziwiony swoją pamięcią – Do Łodzi, Zagłębia, Warszawy, powrócę zawzięty, uparty… ja muszę… do kraju, do sprawy, ja muszę… do kraju, do sprawy. No byłem całkiem jak ten bohater wiersza.  Musiałem… No może nie do partii – ja tak musiałem – ale do spraw to już na pewno. To niewiarygodne jak woda wypita i woda wylana na siebie może człowieka przywrócić do życia. Uratowany i bardziej pewny tego, że dam jednak radę zmierzyć się z okrutnym światem wyszedłem z mieszkania. Rzeczywistość dopadła mnie tuz za progiem. Padał deszcz. No pewnie. Nie mogę pojechać samochodem, ze względu na niepewność, co do zawartości promili, to oczywiście tego dnia musi lać jak z cebra. I teraz ja w tym deszczu do pracy… nieszczęścia chodzą parami jak widać. Dobrze, że jak tak kropiło mi w twarz to z każdym krokiem nabierałem coraz bardziej wigoru. Przecież nie można tak do pracy stawić się pozbawiony zupełnie siły. Ale zmęczenie i tak czułem, bo mimo wszystko z wiekiem mój organizm coraz bardziej odczuwa boleści związane z syndromem dnia następnego. W biurze stawiłem się punktualnie, choć mokry od deszczu. I od razu dopadły mnie sprawy. I co gorsze musiałem być w biurze dziś bardzo wydajny. A tu sił brak. I jak tu pracować jak każdy atom twojego ciała mówi żeby dać mu odpocząć.  Jak zawsze poczucie obowiązku wygrało z podszeptami lenistwa. – Świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia – powiedział kiedyś pewien bohater filmowy. I pewnie miał rację… Ale jak się okazuje równie nie do przyjęcia jest ten następny dzień trzeźwości. I tak walczyłem dzielnie z przeciwnościami losu oraz ze sprawami służbowymi przez cały dzień. Ponad osiem godzin… I czułem się coraz gorzej, nie lepiej. Bolała mnie głowa… Miałem dreszcze… Gorączkę.  Dopiero lekarz, do którego udałem się po pracy, uświadomił mi, że się przeziębiłem. To dobrze. Bo już myślałem ze przez cały dzień męczył mnie kac… a to zwykłe przeziębienie.