Pytania o wolność

Obublikował pavvel dnia

– Czasem się człowiekzastanawia, ile jest w naszym życiu wolności – padło to filozoficzne pytanie ijakby zawisło w powietrzu, bo nikt ze zgromadzanych przy biesiadnym stole niechciał lub raczej nie mógł znaleźć szybko odpowiedzi. Ten mój znajomy (nazwijmy go B.) już tak ma, że czasami, tak jakby od niechcenia, a może jednakjest to z u niego działanie z premedytacją? Nie wiem, ale pewne jest jednak to, że zadaje on takie trudne pytanianajczęściej wtedy, gdy nikt się tego absolutnie  nie spodziewa. Trwają w najlepsze tradycyjnerozmowy przy piwie… a tu nagle takie pytanie… jak westernowy strzał  znikąd. Nie, on nie kieruje ich do konkretnejosoby. Ma się nawet wrażenie, że nie bardzo liczy na odpowiedź. Bo zdecydowanieretoryczne są te pytania. To raczej stwierdzenia, wygłoszone publicznie,przemyślenia z pewną delikatną nuta pytania. Zawiesza on te swoje pytania jaksztandary. – A tak zasadniczo to o co ci się rozchodzi – padło kolejne pytanie, tym razem skierowane do tego kto najczęściejpyta czyli do B. – Dokładniej rzecz ujmując chciałbym wiedzieć co to jestwolność, bo mam wrażenie, że tak do końca nigdy nie byliśmy tak w pełni wolni –padło kolejne pytanie.   – Dobrze,powiedz przynajmniej skąd ci się to wzięło i do czego się odnosi to nagłezainteresowanie wolnością lub jej permanentnym brakiem – padło pytanie z naszejstrony. W zasadzie było kilka pytań, ale starałem się zawrzeć w jednym zdaniumyśl wszystkich zainteresowanych uzyskaniem odpowiedzi. – Przecież pan A. pytanyprzez was czy jeszcze się napije kolejnego browarka powiedział, że nie może bojutro idzie do biura – padła odpowiedź z ust  B., choć wielu, w tym i ja zacząłem sięzastanawiać czy na pewno była to odpowiedź.  – A tak ściślej – ktoś postanowił drążyćtemat, choć ja z doświadczenia wiedziałem że to bezcelowe. Bo pan B. ma teżtaką denerwującą cechę, że po wygłoszeniu pytania traci zainteresowaniedyskusją, zamiera w letargu lub po prostu wstaje, odchodzi i znika. Atowarzystwo zostaje bez odpowiedzi i bez pana B. – Czy jeśli wszyscy musimy, byprzeżyć, chodzić co dnia do pracy to znaczy że jesteśmy wolni?  – powiedział pan B. I chyba to miała być jegoodpowiedź, bo już nic więcej nie powiedział. Swoim zwyczajem wstał i bezpożegnania poszedł w swoją stronę. – Dziwak – padło prawie chóralnestwierdzenie. – No, może i dziwak,  ale zadałciekawe pytanie – powiedziałem. – O następny – usłyszałem. I już było posprawie. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, dopiliśmy to co tam kto miał i sięrozeszliśmy do domów. Bo przecież jutro każdy z nas musiał iść do pracy.Ciekawe czy tylko ja zastanawiam się, czy tak naprawdę jestem w pełni wolny.