O tym nam się nie mówi, byśmy byli w humorku

Obublikował pavvel dnia

Gdy dowiedziałem się, że przestała działać strona internetowa premiera, jedyną reakcją jaką ten medialny nius u mnie wywołał to… przeciągłe ziewanie oznaczające poranną obojętność na kłopoty tych, którzy mną rządzą. Trudno, może to przykre, ale tak z rana trudno mi z siebie wykrzesać chociaż odrobinkę współczucia dla internetowych kłopotów władzy.   – Trudno mówić o ataku hakerów, bo żadna z zablokowanych stron nie została naruszona, nie było próby włamania na serwery czy próby zmiany treści tych stron. To zjawisko które obserwujemy, wynika z ogromnego zainteresowania tymi stronami – tak rzecznik prasowy rządu, jak przeczytałem w internecie,  skomentował zablokowanie strony premiera oraz sejmu. Jak widzicie, moja reakcja była całkowicie uzasadniona,  bo z tego oświadczenia jasno wynikało, że nie mam się czego obawiać, a wręcz mam się radować z rządowych sukcesów.  Jedno tylko mnie zastanowiło? Co tak bardzo zaciekawiło Polaków, oraz jak przypuszczam inne nacje, że tak masowo zaczęli oni wszyscy właśnie tego dnia odwiedzać strony naszego premiera i sejmu? Czy może znalazło się na nich jakieś dramatyczne, czy może wręcz przeciwnie, wesołe,wyznanie naszego przywódcy? Czy może rządzący ogłosili, że im już ta zabawa w rządzenie zbrzydła i zabierają się od jutra za inną, bardziej pożyteczną dla społeczeństwa, robotę? – No, co to do cholery mogło być? – nie mogłem wyjść z podziwu nad fenomenem popularności państwowych stron internetowych.  Sami przyznacie, że to wielce zastanawiające, co mogło skłonić miliony ludzi do odwiedzenia najnudniejszych, jak mi się dotychczas wydawało, stron w internecie? A wydawało się tak nie tylko mnie.  – To zjawisko, które obserwujemy wynika z ogromnego zainteresowania tymi stronami – wmawia mi rzecznik rządu i może bym nawet uwierzył, że wszystko zaczęło się od zwykłej awarii sejmowego serwera. Jestem w stanie nawet uwierzyć, że to wredne media zasugerowały społeczeństwu, że nastąpił atak hackerów na rządowe strony. Mogę też przyjąć do wiadomości, choć mnie to do końca nie przekonuje, że tylko ciekawość podkusiła wielu internautów do samodzielnego sprawdzenia, czy państwowe strony działają, co skutkowało zablokowaniem tychże witryn.  Ale wszystko wygląda inaczej w kontekście informacji, że zgodnie w wcześniejszymi ustaleniami polskie państwo ma, czy może miało, podpisać dokument o przystąpieniu do porozumienia ACTA w najbliższych dniach w Tokio, a ja nic o tym nie wiedziałem. Rząd przyjął już nawet  stosowną uchwałę o udzieleniu zgody na podpisanie dokumentu oraz o warunkach jego wykonania. – Okazało się jednak, że akt wywołuje takie kontrowersje w społeczeństwie, że sprawę trzeba jeszcze raz przedyskutować – przeczytałem w pewnym serwisie informacyjnym.  O jakże mi przykro… wyszło na to, że rząd już był w ogródku, już witał się z gąską… a tu proszę, nie udało się. I teraz trzeba konsultować. A prawie obyło się bez tego przykrego obowiązku. Jak dowiedziałem się z internetu, bo nadal jest taka możliwość, tajne prace nad ACTA trwały od dwa tysiące siódmego roku. Nie było żadnych konsultacji społecznych. Kompletna cisza. A tu proszę! Dowiedzieli się ludzie, że ktoś dla ich dobra tajnie pracuje  i teraz rząd ma kłopot. – Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy – śpiewał kiedyś Wojciech Młynarski. I tu właśnie, odnoszę takie wrażenie, zastosowano podobną metodę. To świadczy o tym z jakim szacunkiem i troską podchodzą do nas urzędnicy oraz politycy.