Drugie danie za prace
– Nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady – mawiał Milton Friedman, ekonomiczne guru ultraliberałów. To wzniosłe hasło nowych czasów w Rzeczpospolitej postanowił urzeczywistnić Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie w pewnym mieście leżącym w niezbyt wysokich górach. Osoby korzystających tam z pomocy od stycznia zamiast dwóch dań dostają tylko zupę z wkładką. – Chcemy motywować. Gdy znajdą zajęcie, dostaną również drugie danie – mówi wicedyrektorka.
W myśl zasady, że kto chce jeść ten musi pracować MOPR poprzez zmniejszenie racji żywnościowych dla ludzi biednych chce ich zmotywować to pracy. Nie wiem, może ja jestem skarżony wojennymi filmami, może mnie się coś niesłusznie skojarzyło, ale mam wrażenie, że takie metody już ktoś stosował i to raczej nie w czasach mało radosnych dla Rzeczpospolitej a w zasadzie dla jej obywateli.
Dotychczas potrzebujący pomocy otrzymywali od tej instytucji talony na obiady w barach mlecznych o wartości 7,50 zł. Dzięki temu mogli za to zjeść zupę, drugie danie i wypić kompot. Teraz jeśli nie wykażą się dowodem zatrudnienia dostaną tylko zupę z wkładką. To że podopieczni Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w niskogórskim mieście nie dostają dwudaniowego obiadu jest skutkiem zarządzenia wydanego przez dyrektora tej instytucji. – Nie tyle obcięliśmy świadczenia, co je zracjonalizowaliśmy – przekonuje zastępczyni dyrektora MOPR.
Ludzie biedni, którzy nie znajdą zatrudnienie zgodnie z nowymi przepisami dostaną teraz o połowę tańszą zupę z wkładką białkową. Może to być kawałek mięsa, nabiału lub jajko. – Chcemy w ten sposób zachęcić osoby w sile wieku do skuteczniejszego zadbania o siebie i znalezienia pracy. Będziemy im w tym pomagać, żeby nie stracili kompetencji społecznych – wyjaśnia urzędniczka racjonalizatorka.
Dobrze, mogę nawet zrozumieć to nowoczesne zastosowanie zasady bez pracy nie ma kołaczy (w tym przypadku drugiego dania i kompotu) w mieście gdzie bezrobocie nie istnieje a gazety zawierają więcej ogłoszeń z ofertami pracy niż reklam. Ale w mieście, w którym urzędnicy z MOPR-u wpadli na tej oryginalny w swej prostocie pomysł, stopa bezrobocia według oficjalnych danych na koniec listopada 2014 roku osiągnęła poziom 9,9%. Z bezpłatnych posiłków korzysta tam 10 tys. osób miesięcznie. Urzędnicy z MOPR-u obliczyli, że wprowadzone zmiany dadzą 300 tysięcy zł oszczędności rocznie. Zastanawiam się czy biurokraci racjonalizatorzy nie posuną się w swych oszczędnościach jeszcze dalej i niewprowadzona zostanie zasada, że Ci biedacy, co nie wykażą się aktualnym zatrudnieniem, dostaną tylko talerz zupy z brukwi. Będzie jeszcze taniej.
– Przez dziesięć godzin w tygodniu wykonują drobne prace: sprzątanie, dbanie o zieleń, odśnieżanie w instytucjach miejskich. Chodzi o takie, które funkcjonują non profit, np. szkoły czy instytucje kulturalne. Dostają osiem złotych za godzinę, a do tego talon na obiad – opowiada wicedyrektorka. No niby jest w tym teoretyczny sens, ale czy w praktyce wszyscy chętni znajdą zatrudnienie? Bo jeśli nie, to przestaje być to sensowne. Naprawdę obawiam się, że taka forma motywowanie prowadzi prosto do tego żeby zmusić biednych do pracy za miseczkę ryżu o przepraszam zupy.
