Po angielsku…
Gdy zrobimy sobie spacerek po naszych miastach i poczytamy witryny sklepowe możemy spokojnie dojść do wniosku, że nasz kraj jest dwujęzyczny. Nie chodzi mi o obszary naszego kraju gdzie dwujęzyczność jest uzasadniona istnieniem mniejszości narodowych. Tam sprawa jest oczywista. To, że u nas używa się drugiego obcego języka na równi z ojczystym można zaobserwować na przykład w moim mieście leżącym dokładnie pośrodku naszego kraju. U nas mniejszości jak na lekarstwo a na każdym sklepie wielki napis informuje, że właściciele interesu zapraszają mnie na „sale” lub „total sale”. Coraz częściej mam wrażenie, że nastała u nas moda na język angielski. Jest on obecny na każdym kroku bez względy czy ma to uzasadnienie czy nie. Tęsknię za całkiem naturalną dla naszego języka wyprzedażą, bo teraz tylko „sale”. Tak jakby, co druga osoba robiąca zakupy w tych sklepach była jedynie angielskojęzyczna. To jakaś szaleńcza moda na nie używanie ojczystej mowy, czy w tym wypadku pisma. Mój kolega pracuje od lat w firmie amerykańskiej. To znaczy firma jest zarejestrowana w Polsce, działalność jej ogranicza się do obszaru naszego państwa, ale prawie całe kierownictwo to Amerykanie. Mój znajomy przez lata pracy dla tej firmy, choć biegle włada językiem angielskim, nigdy jeszcze nie spotkał się z klientem, który preferowałby ten język w kontaktach biznesowych. Wszyscy klienci mówią po polsku, ale język angielski jest mu potrzebny, bo przecież kierownictwo to Amerykanie. I choć ludzie ci mieszkają tu już kilka lat to żadnemu z nich nie przyszło do głowy nauczyć się języka polskiego. Przecież w ich mniemaniu nie muszą, bo znają już przecież angielski. Ja będąc we Francji, choć ni w ząb nie znam tego języka, dokonywałem cudów, aby się w tym właśnie języku porozumieć i zawsze spotykałem się z uprzejmością i wyrozumiałością tubylców, którzy spokojnie czekali aż wydukam, o co mi chodzi. Robiłem to z szacunku dla Francuzów. Podobnie jak jestem w Anglii, jeśli nie daję rady z językiem to proszę kogoś o tłumaczenie. Ale przynajmniej się staram mówić w tym języku, który tam jest w powszechnym użytku.
A w Polsce? U nas językiem urzędowym jest język polski. Zakres jego użycia reguluje Ustawa z dnia 7 października 1999 roku o języku polskim (Dz.U. 1999 nr 90 poz. 999). I co? I nic. Niewiele z tego wynika. To takie kolejne martwe prawo. A została uchwalona, bo parlament uznał „konieczność ochrony tożsamości narodowej w procesie globalizacji”. Ale czy ktoś tego pilnuje? Nie. Wystarczy otworzyć gazetę by znaleźć ogłoszenia rekrutacyjne gdzie pracodawcy poszukują sales representative a nie przedstawiciela handlowego. Jeśli pracodawca rekrutuje do pracy na terenie Polski, wpisując w ogłoszenie nazwę stanowiska, powinien używać języka polskiego. Czyli nie „regional sales manager”, tylko „regionalnego kierownika sprzedaży”. Do tego jest zobowiązany, bo na terytorium Polski przy wykonywaniu przepisów z zakresu prawa pracy używa się języka polskiego. Wydaje mi się, że ogłoszenia rekrutacyjne w języku angielskim, a takie też można znaleźć w gazetach są złamaniem ustawy. Bo jeśli pracownik ma wykonywać czynności na terenie Polski to ogłoszenie powinno być po polsku. Nie wiem, co tak pcha Polaków do używania języka angielskiego. Jak wszystko, także to wymaga umiaru. Może warto częściej używać języka polskiego w Polsce, zważywszy, że język polski stanowi podstawowy element narodowej tożsamości i jest dobrem narodowej kultury, – że pozwolę sobie na cytat z ustawy.
