Czyń drugiemu

Obublikował pavvel dnia

Widziałem go już zdaleka. Stał lekko pochylony,  wpatrującsię w pomidory leżące na straganie ulicznym. Był to starszy pan w czarnym lekkozniszczonym palcie. Miał ten styl ubioru, który mój znajomy określa jakoschludny, ale ubogi. Ubiór miał zniszczony, stary i niemodny, chodź kiedyśchyba uchodził  za modny. Zaciekawił mnietym lekkim pochyleniem i tym, że wyglądał tak, jakby się w sobie zapadał.Zauważyłem go już z daleka. Stał tak jakby chciał cos kupić a nie mógł sięzdecydować. Była w nim taka nieporadność. Wyglądał tak jakby przepraszał żeżyje. Stał oparty o laskę i na coś czekał. Zrobiłem kilka kolejnych kroków wjego kierunku. – Patrzy na mnie – pomyślałem i od razu dodałem w myślach –eeee, wydaje mi się. Jednak czym bardziej się do starszego pana zbliżałem, tenjakby czatując ma mnie, nieznacznie przesuwał się po chodniku, aby stanąć namojej drodze. – No tak  – pomyślałem –jak zwykle, dlaczego zawsze ja. Już kiedyś w tym miejscu pisałem,  że jak magnes przyciągam do siebie ludzipotrzebujących pomocy, potrzebujących wsparcia. I znów się nie pomyliłem. –Starszy mężczyzna stanął przede mną zastawiając mi drogę. – Bardzo panaprzepraszam, że się tak ośmielam ale wyjątkowa sytuacja zmusza mnie do tego…czy może mi pan dać pięćdziesiąt groszy –  usłyszałem. Pan, którego miałem przed sobą miał szarą twarz, pokrytą pajęczyną zmarszczek,był ogolony, ale niedokładnie. Mój wzrok zatrzymał się na zielonkawym krawaciewystającym spod  kołnierzyka, pewnie białejkiedyś koszuli.  – Sam mam niewiele – powiedziałem.– Dobrze, proszę… oczywiście – dodałem wyciągając portfel. – Przepraszam, że jatak, do pana i na ulicy… a może pan złotówkę? – powiedział starszy pan patrzącna moje palce grzebiące wśród drobnych monet w portfelu. Dałem, dałem nawetchyba więcej niż pan prosił. – Dziękuję – powiedział pan. – Bardzo, dziękuje…wie pan  chciałem sobie kupić pomidory –dodał. Życzyłem starszemu mężczyźnie smacznego i wszystkiego najlepszego iruszyłem w swoją stronę.  Gdy już miałemskręcać za róg postanowiłem jeszcze raz spojrzeć na tego pana. Trzymał w rękachfoliową torbę z pomidorami. Nie wiem, może mi się wydawało ale chyba wyglądałna bardziej  szczęśliwego. Przez całydzień myślałem o tym panu spotkanym na ulicy. Jak to już napisałem mnie toczęsto spotyka to pytanie: czy może mi pan dać kilka groszy. Nie licząc, odpoprzedniego poniedziałku taką prośbę słyszałem już sześć razy. To różniludzie. W rożnym wieku. Łączy ich jedno – bieda. Podobno w Polsce na skrajubiedy żyje trzynaście milionów Polaków. Ja nie wiem, może to taki znak czasu.Nowych czasów, że bieda jest tak wszechobecna, tak powszechna. Może tak właśniema być w tych lepszych czasach „ wolnej Polski”?  A jeśli tak ma wyglądać ten nowy doskonalszyświat rzeczpospolitej,  to ja się na tonigdy nie zgodzę. Nie chcę takiej Polski i takiego państwa. Takich podziałów. Adlaczego? Bo może za kilkanaście lat to ja kogoś będę musiał prosić o pieniądzena ulicy aby kupić sobie pomidory. I jeszcze jedno. Zawsze niezmiernie mnierozśmieszają  mądrale, co to radzą tym cożyją w biedzie żeby „ wzięli się do roboty”. – Panie, masz pan dla mnie pracęza godziwą płacę? Bo ja już trzy lata szukam – zapytał wnerwiony jegomość  mojego znajomego. On nie miał. Nie miał. Iprzepędził tego człowieka który chciał złotówkę. I od razu zaczął opowieść otym, że nie może znaleźć pracowników. – Dasz im stałą umowę o pracę i godziwezarobki?  – spytałem. – No co ty! Niestać mnie – usłyszałem w odpowiedzi. Czyli może to system jest debilny nietylko ludzie? – Czyń drugiemu to, co byś chciał, aby tobie czyniono w podobnychokolicznościach – poradziłem mojemu znajomemu  oraz wszystkim którzy dają  „dobre rady” słowami Kropotkina.