Tag Archives

2 Articles

dziennik pesymistyczny

Czy są dopłaty do nowych połączeń lotniczych z Radomia?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zarząd radomskiego Portu Lotniczego poinformował, że podpisał umowę z łotewskim przewoźnikiem AirBaltic. To zakrawa na prawdziwy cud, bo nieudało się to od lat, a tu proszę sukces zaprzeczający twierdzeniom, że lotnisko to inwestycyjny niewypał. Jednak nim popadniemy w radosny nastrój optymizmu warto chyba zadać władzom miasta i lotniska pesymistyczne pytanie: czy aby nie dopłacamy do tego sukcesu? Zdecydowanie warto spytać czy z w związku z podpisaniem przez Port Lotniczy Radom umowy z łotewskim przewoźnikiem zawarto też z tą firmą inne umowy np. marketingowe? Czy miasto, jako właściciel Portu przewiduje „dopłaty” dla mowo otwartych połączeń? Czy przewoźnik otrzyma wysokie zapłaty za świadczone przez siebie usługi promocyjne, jeśli takie oczywiście przewidziano?

Faktem jest, że nieoficjalnie wiadomo, że przewoźnicy nierzadko stawiają sprawę w sposób radykalny. Albo bardzo wysoki kontrakt reklamowy („dopłata”) albo nie będzie żadnych połączeń. Czy tak było w przypadku umowy Portu Lotniczego Radom z AirBaltic?

Radomskie lotnisko nie miało bardzo długo szczęścia. Ponad sto czterdzieści osób na etacie, koszty utrzymania na poziomie miliona złotych miesięcznie. I jeden problem: brakuje podróżnych, bo z Radomia nie odleciał jeszcze żaden pasażerski samolot. Poza tym ze strony nowych platformowych władz Radomia na Zarząd Spółki wywierana była i jest wywierana ogromna presja: albo podpisanie umowy z przewoźnikiem i uruchomienie regularnych lotów do końca tego roku albo koniec zabawy i likwidacja inwestycji. Nic więc dziwnego, że to co nie udawało się zrobić przez kilka lat ziściło się w kilka miesięcy.

A jak nie wiadomo o co chodzi. A w przypadku takiego niespotykanego wręcz cudu gospodarczego naprawdę nie wiadomo, to wiadomo, że stoją za tym pieniądze. Nie jest tajemnicą, że dopłaty od Portów lotniczych i samorządów stanowią dla tanich i tych mniejszych przewoźników znaczące źródło przychodu. Taki na przykład Ryanair może rocznie otrzymywać w ten sposób nawet ponad 700 mln euro.

Lotniska ani tym bardziej samorządy miast w większości przypadków nie mogą bezpośrednio dofinansowywać połączeń lotniczych odbywających się z tychże miejsc, bo nie pozwalają na to unijne przepisy. Dlatego też najczęstszą formą dopłat są tak zwane opłaty marketingowe. Wygląda to następująco: Zarząd Portu lotniczego lub samorząd podpisują z przewoźnikiem kontrakt na promocję połączenia lub regionu na stronie internetowej linii lub w wydawnictwach kolportowanych na pokładach samolotów. Pieniądze, na które opiewają takie umowy, zwykle są liczone w milionach złotych lub euro. Oczywiście dla spokoju unijnych urzędników i opinii publicznej takie umowy oficjalnie służą jedynie promocji. Jednak nieoficjalnie, bardzo często są warunkiem, od którego przewoźnik uzależnia otwarcie nowych połączeń lotniczych. Może przy całym tym hurra optymizmie warto zadać sobie pytanie ile naprawdę radomianie dopłacą do takiego korzystnego interesu?

dziennik pesymistyczny

Puree z solą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Puree ze smalcem. – Nie ma smalcu, z dżemem są puree – to pamiętny dialog miedzy klientem a kasjerką pochodzący z komedii „Miś”. To było dawno, teraz coś takiego, takie zamówienie i taka oferta w barach mlecznych jest nie do pomyślenia. Tłuszcz zlikwidowano dawno. Teraz Ministerstwo Finansów postanowiło nie dopłacać do potraw, które zostały przyprawione czymś więcej niż tylko solą. Teraz zgodne z literą prawa pozostały już tylko ziemniaki puree z solą.

Nie miałem żadnych złudzeń, co to tego, że współczesna mi Rzeczpospolita Urzędniczą to kraina biurokratycznych idiotów, którzy dla uzasadnienia potrzeby własnego istnienia produkują na wyścigi coraz to bardziej absurdalne przepisy. Tym razem głuptaki z Ministerstwa Finansów wpadły na pomysł obcięcie dotacji do barów mlecznych. Państwo Polskie postanowiło ograniczyć dobra luksusowe serwowane nierobom, nieudacznikom i innej biedocie posilającej się w najtańszych jadłodajniach. Już wcześniej państwowej dotacji pozbawione zostały dania polane skwarkami co skończyło dopłaty do tak zbytkownych dań jak gryczana ze skwarkami.  Od pierwszego stycznia 2015 roku w barach mlecznych chcących otrzymać państwową dotacja trzeba gotować posiłki tylko i wyłącznie z surowców, o których mowa w specjalnym załączniku do rozporządzenia przygotowanym przez ministerialnych urzędników. Dodanie czegokolwiek spoza zawartej tam listy oznacza, że bar nie dostaje dotacji, a więc traci pieniądze.

W powyżej wspomnianym załączniku na liście przypraw jest tylko sól. Brak tam miedzy innymi tak popularnych i zdawałoby się oczywistych dodatków do potraw jak kminek, majeranek, cynamon, ziele angielskie czy papryka w proszku. Nie można dodać nawet pieprzu. Bo choć taki składnik jest na ministerialnej liście, to z jakiegoś bliżej nieznanego powodu urzędnik idiota polecił stosowanie pieprzu świeżego. A ten w naszym kraju jest praktycznie niedostępny. Powszechnie występującego u nas pieprzu suszonego niestety brak.

Ale to nie koniec rewelacji. Ministerialni fachowcy nie umieścili na liście wody, więc przynajmniej teoretycznie też nie wolno jej używać podczas gotowania, bo można stracić dotacje. Podobne wątpliwości budzi też pietruszka. W gotowanych daniach stosuje się bowiem jej korzeń, ale też i nać. Część izb skarbowych uznaje, że dofinansowanie należy się tylko do części podziemnej rośliny. Dodanie naci pietruszki oznacza pozbawienie potrawy rządowej dotacji.

Rocznie na bary mleczne w budżecie państwa rezerwuje się kwotę 20 mln zł. To przerażająca suma, więc nie można się dziwić, że nasza klasa rządząca chce jak najbardziej ograniczyć tę gigantyczną kwotę, jeśli nie do zera to przynajmniej do minimum. Przecież ministrowie też ludzie i coś tam muszą od czasu do czasu przekąsić. Jak pamiętam z doniesień z „afery podsłuchowej” rządzący nie wybrzydzali i jedli, co im dano. Taki na przykład minister Sienkiewicz i prezesem Belką zamówili na obiadek: rzodkiewki piklowane, grillowany kozi ser ze szparagami i carpaccio z mlecznej jagnięciny. Jako przekąski, minister i szef Narodowego Banku  zażyczyli sobie także kawior z łososia oraz kawior z anchois a także tatar. Na głównego dania policzki, ogony wołowe i ośmiornicę. Poza tym winko i „sześć wódeczek” – na początek. A na końcu rachunek wyniósł dwa tysiące złotych. No i jasno widać na tym przykładzie, że Ministerstwo Finansów musi oszczędzać na dotacjach. Słuszną linię ma nasza władza.

– Nie mają chleba? To niech jedzą ciastka! – rzekła kiedyś Maria Antonina żona Ludwika XVI. Królową Francji pamiętliwy lud skrócił o głowę. Teraz ministerialni idioci radzą biedocie jeść bezmięsnie i bez przypraw. Pocieszające jest to, że historia lubi się powtarzać.