Nieważne, jak kto głosuje, ważne, jak się liczy głosy
Nieważne, jak kto głosuje, ważne, kto liczy głosy – mawiał klasyczny demokrata. Parafrazując słowa ojca narodów można by rzec, że w wyborach do europarlamentu nieważne, kto głosuje, ważne, jak się liczy głosy.
Podejrzewam, że większość z tych kilkunastu procent obywateli, który jednak zdecydują się udać do urn, nie bardzo zdaje sobie sprawę, w czym uczestniczą i jakie są zasady liczenia głosów wyborców. Wydaje się czymś oczywistym, że zasady demokracji powinny być proste, przejrzyste i czytelne dla każdego. A jeśli tak nie jest, to można mieć uzasadnione wątpliwości czy głos oddany w wyborach jest na pewno tym głosem, który zdecydowałem się oddać. Bo może jest tylko liczbą podstawową w zawiłych matematycznych obliczeniach.
Każdy, no dobrze, prawie każdy wyborca wie, że każda z partii wystawiającej swych kandydatów w wyborach do PE dostaje liczbę mandatów proporcjonalną do liczby uzyskanych przez nią głosów. No i w zasadzie wszystko jest jasne. Wydawałoby się, że jak zagłosuje na pana X z partii Y i to samo zrobi powiedzmy 1000 osób. To pan X dostanie właśnie dokładnie te 1000 głosów. Otóż nie jest tak.
W nowoczesnej demokracji takie przestarzałe rozwiązania byłoby za proste i nie do pomyślenia. Urzędnicy z unii europejskiej postanowili demokracje znacznie ulepszyć i procedurę podziałów mandatów skomplikować. Zapewne dla przejrzystości zasad tej demokracji właśnie. I tu pozwolę sobie na obszerny cytat: „By liczyć na miejsce w europarlamencie, dana partia musi uzyskać, co najmniej 5-procentowe poparcie. Kiedy Państwowa Komisja Wyborcza to ustali, wylicza – metodą d’Hondta – ile mandatów przypada poszczególnym komitetom. Zgodnie z tą metodą liczba głosów ważnych oddanych łącznie na wszystkie listy okręgowe każdego z komitetów wyborczych dzielona jest przez kolejne liczby pierwsze (1, 2, 3, 4, 5… itd.) tak długo, aż z otrzymanych w ten sposób ilorazów da się uszeregować 50 największych liczb, czyli tyle, ilu posłów do PE wybiera się w Polsce”. No i jakie to proste! Gdzie tam takiej metodzie to zwykłego starodawnego głosowania bezpośredniego, gdzie jeden głos jest liczony, jako jeden głos oddany na kandydata na posła.
A ci wszyscy, którzy myślą, że to już koniec mielenia naszego pojedynczego głosu bardzo się mylą. Jesteśmy dopiero w połowie demokratyczno – prostych operacji. Bo teraz każdy komitet otrzymuje tyle mandatów ile przypadło im największych ilorazów wynikłych z tego liczenia opisanego powyżej. I dla dalszego uproszczenia tego, co starożytni wymyślili, teraz trzeba te mandaty przydzielić okręgom wyborczym. Polska podzielona jest na trzynaście okręgów wyborczych. Państwowa Komisja Wyborcza prościuteńką metodą Hare’a-Niemeyera ( chciałem ja przytoczyć, ale wzór tam użyty mnie poraził) policzy głosy oddane na poszczególne listy okręgowe komitetów, a następnie powstało cyfrę pomnoży przez liczbę mandatów przypadających danemu komitetowi w kraju i po tej dziecinie prostej operacji matematycznej mamy już iloczyny. Które dzielone są z kolei przez łączną liczbę głosów ważnych oddanych we wszystkich okręgach na listy danego komitetu. Już jest blisko końca. Powstały iloraz oznacza liczbę mandatów przypadających danej liście w pojedynczym okręgu wyborczym. Mandaty na poszczególnych listach okręgowych uzyskują ci kandydaci danej partii, którzy otrzymali kolejno najwięcej głosów. Uff…. Koniec.
Ale nie zawsze udaje się w powyżej opisany sposób przyznać do okręgów wszystkich mandatów przynależnych danemu komitetowi. Coś tam jeszcze pozostaje, i tę resztówkę przyznaje się wtedy listom okręgowym, dla których wyliczone wcześniej ilorazy mają kolejno największe wartości po przecinku. No i już, po wszystkim. I mamy, co chcieliśmy, czyli wynik wyborczy.
Ja bardzo przepraszam – Szanownych Czytelników – za ten wykład z matematyki, ale chciałem pokazać, jakie to proste i przejrzyste są zasady demokratycznego głosowania w wyborach do PE.
Namawiają mnie abym głosował. Abym poprzez głosowaniem legitymizował czyjeś prawa do rządzenia mną i innymi. Nie chce i nie mogę ich pozycji potwierdzać wyborczym rytuałem. A już na pewno nie chce, by mój głos wpadł w matematyczny młynek, z którego nie wiadomo, co wyjdzie.
