Zwierze alfa z ameryki
W polskim biznesie żeby być wizjonerem i żeby poszły za tobą tłumy trzeba być Amerykaninem. A gdy nie ma się tyle szczęścia i jest się polakiem to przynajmniej trzeba pracować dla amerykanów lub w firmie powiązanej z amerykanami. Trzeba też amerykańską wizje biznesu głosić ludowi ciemnemu. I to już w zupełności wystarczy by być przynajmniej w swym własnym mniemaniu rekinem biznesu.
Dobrze też znać język angielski i przynajmniej raz odwiedzić USA. Na polskiej prowincji takiej jak moja występują kilka typów proroków biznesu. Każdy typ łączy jednak kilka wspólnych cech. Przeważnie każdy wizjoner biznesu w amerykańskim stylu to młodzieniec przed trzydziestką ( nawet jak ma 60 lat), polak, jako i my maluczcy, mieszkaniec stolicy, przedstawiciel klasy średniej w drugim pokoleniu. Już na pierwszy rzut oka widać po nim, że facet ma wizje własnej osoby. Ten styl, ten garnitur za moje dwie pensje, zegarek za presji mych marnych chyba ze cztery, jedwabmy krawat i skórzana, do granic wypchana, teczka z laptopem. Osobnik ten raczej nie wystękują w takich miasteczkach jak moje, on raczej przybywają do takich osad jak moja niosąc kaganek oświaty made in usa.
Najczęściej zjawiają się na mej zapyziałości miejskiej kilkanaście razy do roku. Chadzają te osobniki pojedynczo lub parami. Samce i samice. Hierarchie w stadzie zdradzają atrybuty, czyli garnitur, zegarek i tym podobne im droższe tym rekin biznesu ważniejszy. Każdy z nich był w Ameryce choć raz. Ten mój, którego miałem sposobność obserwować, był tam z rok czasu i nadal tam bywa. Tam w USA zdobył wiedze tajemną, studiował tam na tych ich kompletach półrocznych. Ma nawet dyplom uczelni. Pewnie znanych, ale nie przez zemnie ani nikogo z mych znajomych. Ale co my tam wiemy. Chętnie opowiada o swym pobycie w Ameryce, jak to nauki pobierał, jak to pracował w korporacji i jak to widział raz szefa szefów z bliska i ten nawet na niego popatrzył. To jego największe przeżycie. Wiedze ma ogromną, amerykańską, wie wszystko o wszystkim.
Ja nie byłem w Ameryce, ale znam kogoś, kto był i mi o USA opowiedział. Przyjaciel mój zapragnął zwiedzić amerykański raj więc udał się tam i nawet postanowił studiować skuszony możliwością posiadania dyplomu z historii filmu. Uczelnie tam mają piękne. Studenci i studentki też piękni i kolorowi. I zapisał się mój przyjaciel na studia. Pilnie uczęszczał na kilka różnych kursów. Po pól roku miał egzaminy, czyli testy, który rozwiązał z łatwością krzyżówki z gazety kolorowej. A że był w krzyżówkach dobry postanowił zdobyć kilka dyplomów z tej i z innych uczelni. Można tam naprawdę się czegoś nauczyć – mówił – ale można tam też ukończyć studia, by te studia posiadać jak przepustkę na statek do kariery. Podobnie jak u nas z ta różnicą, że tam szybciej i prościej.
Wracając do wizjonerów biznesu w amerykańskim stylu. Przybywa taki do mojego miasta śliniącą limuzyną. Wystarczy, że się pojawi w drzwiach naszego prowincjonalnego oddziału wielkiej amerykańskiej korporacji a już wiadomo, że on wie…, wie lepiej jak mamy żyć i pracować. Już od progu witają go w pokłonach wasale skuszeni przez niego wizją przeniesienia do stolicy gdzie jak nic zmienią się w takich bogów biznesu jak ich pryncypał. I już po chwili nasz rekin biznesu z warszawy zwołuje zebranie… o przepraszam miting i zaczyna się to, co w tych typach jest najpiękniejsze. Już pierwsze słowa niosą wielką silę przekazu, już od pierwszych chwil dowiadujemy się, że jest… źle. Nie ważne, że pracowaliśmy z kolegami po 12 godzin, że wyrobiliśmy plan i nawet go przekroczyliśmy. Jest źle, fatalnie – mówi Pan nasz – jest tragicznie. I daje przykład naszej marności: w Piszczykowie Górnym a nawet w stolicy – mówi Pan – są i były w przeszłości zespoły sprzedażowe, które dokonały więcej. Odniosły sukces i to za znacznie niższe wynagrodzenie! Dokonały tego szybko, sprawnie, nie tak wy luzery. I co tu takiemu odpowiedzieć. A biada temu, kto zapyta, dlaczego porównuje się Piszczykowo do mojego prowincji. Przecież to nie to samo miasto, nie ten sam rynek, czas nawet inny. O nie, rekin biznesu wie lepiej, że jesteśmy marni. On nam nawet tą naszą marność obliczy w bardzo mądrym programie, który dostał z centrali w Ameryce i nie może być mowy o jakiś błędach w obliczeniach. Jest tak jak jest, bo tak mówi amerykański komputer.
Jak już wiemy, że stanowimy jeno pył na jego lakierkach, następuję nauczanie. Wstępuję od na mównice trzymając w dłoniach dwie opasłe księgi rad wszelakich, świeżo na masz marny język przetłumaczonych. Jest on wtedy, jako Mojżesz schodzący z góry z tablicami praw bożych. W księgach tych są rady wszelakie jak to mamy żyć i pracować w korporacji i poza nią. I jest tam mnóstwo przykładów sukcesów, jakie osiągnęli amerykanie żyjąc wedle tych przykazań. Wszystko to takie piękne i takie wzniosłe, jak my do tej pory mogliśmy żyć bez tej wiedzy tajemnej. I sam nie wiem dlaczego, zawsze przed oczami staje mi Pan Wokulski z Lalki Bolesława Prusa. Jak on mógł, do cholery sprzedać cokolwiek z swoim sklepie nie przeczytawszy uprzednio amerykańskiego podręcznika do sprzedaży!
Klasą dla siebie są rodowici amerykanie zesłani przez swe korporacje na banicje do polski. Tu już prometeizm w czystej formie. Dla nich wszystko, co amerykańskie jest najlepsze. Pewien Pan z ameryki, którego poznałem onegdaj, mieszkał i pracował w Polsce od trzech lat. Słowa nie znał po polsku. Bo przecież nie musi, jak często podkreślał, bo przecież firma jest z USA i wszyscy powinni mówić po angielsku. Bo angielski to język światowy. Każdy, kto wie jak wygląda biznes w Polsce wie też, że trzeba mu było tłumaczyć na angielski tysiące dokumentów. Jemu to jednak nie przeszkadzało. On wiedział lepiej. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby mieszkać i pracować przez trzy lata w jakimś kraju i nie znać w języka jego mieszkańców, przynajmniej kilku słów. Najlepsze są jednak jego opowieści o tym jak to spotykał w swym życiu na zachodzie polaków, który tam pracowali i nie do końca znali język Szekspira. Fuj – oburzał się Amerykanin – jak można nie znać angielskiego! To, że on zna tylko angielski, że tak powiem z przyrodzenia i żadnego innego języka nie zna już nie robiło na nim wrażenia. Z litości nie wymienię innych jego wybryków.
Na zakończenie dodam, że już nie pracuje w amerykańskiej korporacji, bo „ nie rozumiałem amerykańskiej filozofii sprzedaży i nie miałem szacunku dla zasad życia korporacyjnego”. Jestem szczęśliwy. Biedniejszy, ale za to wolny od amerykańskich mądrości.
