Uroczystości 4 czerwca – czego oczy nie widza tego sercu nie żal

Obublikował pavvel dnia

Rząd naszego uroczego i w pełni demokratycznego kraju chce przenieść uroczystości upamiętniające dwudziestą rocznice wyborów z 4 czerwca z Gdańska do Krakowa. Czyli rocznicowe uroczystości obalenia komunizmu oraz odzyskania niepodległości, które to wydarzenia z przez dwudziestu lat nie mogłyby się odbyć bez robotników zostają przeniesione w inne miejsce z powodu robotników.

 

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że to robotnicy z tej samej stoczni, którzy w latach osiemdziesiątych demokratyczną Polskę wywalczyli teraz stanowią dla niej śmiertelne zagrożenie. Bo jak interpretować ciągła nagonkę rządu i sympatyzujących z rządem dziennikarzy na wolne związki zawodowe. Od kilku dni obserwuje festiwal wypowiedzi polityków Platformy Obywatelskiej, którzy oskarżają związkowych działaczy o wszystko zło tego świata. O to, że nie pracują jak robotnicy, których bronią, że więcej zarabiają. O to, że tak działają w tych związkach od dziesięciu lat nieprzerwanie zamiast, no nie wiem, może zmieniać zawód, co rok. Jest to tym bardziej żenujące, że ci sami politycy zawdzięczają swoją pozycje właśnie tym robotnikom, którzy ponad dwadzieścia lat temu wynieśli ich do władzy. Mówienia, że związkowy działacz nie ma prawa reprezentować robotników, bo więcej od nich zarabia jest hipokryzją, bo przecież trybuni ludowi, jakimi chcą się widzieć politycy to też zawodowcy, też bardzo dobrze zarabiają i do tego z ludem maja już nie wiele wspólnego. Bardziej demokratyczny przedstawicielem mas jest związkowiec wybrany w bezpośrednich wyborach przez swoich kolegów ze stoczni niż anonimowy polityk, który wygrywa wybory zgodnie z zawiła i do nie końca zrozumiałą ordynacją. Gdzie o wygranej polityka decyduje na przykład miejsce na liście wygrywającej w wyborach partii.

 

W pewnej telewizji informacyjnej od rana można obserwować jak zabawny i radosny dziennikarz urządził sobie zabawę pytając widzów o to gdzie można przenieść uroczystości 4 czerwca. Widzowie piszą listy, pada wiele propozycji, które łączy jedno: są ironicznym wyrazem niechęci do poczynań rządu. Jednak pan redaktor za każdym razem stara się nadać właściwy to tym wypowiedzą poprzez komentarz w stylu: to wina stoczniowców, bo tyle razy im się mówi, że to nie wypada tak protestować a oni nie potrafią słuchać. Chce wierzyć, że rząd nie ma wpływu na media i ich nie steruje. Oby tak było. Ale jedno jest pewne, wspólnota interesów rządzących, polityków, urzędników i części dziennikarzy, którzy z racji zajmowanych pozycji społecznych nie chcą lub nie umieją zrozumieć problemów zwalnianych z pracy stoczniowców. Bo nigdy syty nie zrozumie głodnego. Tak też nigdy bogaty nie zrozumie biednego.

 

Premier zapowiedział, że planowane w Gdańsku uroczystości 4 czerwca nie odbędą się, bo mogą być zakłócone przez wystąpienia związkowców. To jest mniej więcej tak jak w zabawie dziecięcej gdzie mały chłopiec zasłania oczy i już wie, że jak czegoś nie widzi to z pewnością tego nie ma. Czego oczy nie widza tego sercu nie żal. Ale problem pozostaje, pozostaje problem stoczni i robotników, którzy bronią miejsc pracy. Nie da się tego nie zauważać i mówić, że przecież wszyscy gdzieś tam w Polsce i na świecie trącą prace i nic się nie dzieje. Dzieje się, bo dziś oni trącą prace a jutro to możemy być my. I jeśli rząd nie robi dziś nic w sprawie zwalnianych stoczniowców to dokładnie tak samo kiedyś nie zrobi nic, gdy to nas spotka zagrożenie bezrobociem.

 

Warto zastanowić się nad tym, że po dwudziestu latach walki robotnicy są w zasadzie w tym samym miejscu. A może właściwie już ich tam nie długo nie będzie, bo nie będzie już stoczni i pozostanie wrażenie, że stoczniowcy wywalczyli sobie tylko to przez te dwadzieścia lat, że nie mają już miejsca pracy. A jak chcą protestować nazywa ich się zadymiarzami i chuliganami. Kto wygrał na zmianach po 89? Wielu, ale jedno jest pewne, nie ci, co ponosili wtedy największe ofiary i nie ci, co w tych czasach w czasie strajków byli najliczniejsi.