Prawo Parkinsona w moim prowincjonalnym mieście

Obublikował pavvel dnia

Spotkałem wczoraj kolegę, który jeszcze przed klasycznym powitaniem: dzień dobry oznajmił mi, że udało mu się został urzędnikiem.  Zasilił swoja osoba szeregi zespołu informacji prasowej i publicznej urzędu miejskiego. Tym samym dołączył do sporej liczby urzędników jak na potrzeby mojego nie tak znowu dużego prowincjonalnego miasta. A mnie się zaraz po tym spotkaniu przypomniało prawo Parkinsona. Prawo to mówi o żywiołowym wzroście liczby urzędników w administracji publicznej, bez względu na ilości i rodzaj pracy do wykonania. Przed urzędem miejskim w moim mieście powinien stanąć pomnik tego urodzonego w tysiąc dziewięćset dziewiątym roku angielskiego historyka i badacza ekonomii politycznej. Kolejną rocznice jego urodzin obchodziliśmy przedwczoraj, trzydziestego lipca. Naukowiec ten jak nikt inny swoimi badaniami i sformułowanym prawem oddaje, bowiem istotę funkcjonowania urzędów i instytucji samorządowych i państwowych.

Nie trzeba nawet wchodzić do urzędu wystarczy spojrzeć na parking przed nim żeby przekonać się jak wielu urzędników w znoju i trudzie wykuwa pieczątkami nasze lepsze jutro. Ale jeśli już wejdziemy to wystarczy zajrzeć do obojętnie, którego pokoju na kilometrach korytarzy, aby się przekonać, że życie jest tam spokojne i pełne urzędowej stateczności oraz dostojeństwa. Miedzy kawką, śniadaniem, obiadkiem a dwudziesta herbatką snują się od pokoju do pokoju powolnie urzędnicy wymijani przez biegających jak w ukropie petentów. Ja jeszcze w życiu nie widziałem śpieszącego się urzędnika. O nie przepraszam, widziałem śpieszą się oni tylko przy zakończeniu pracy jak ją opuszczają. To zdecydowanie najlepszy popis działań logistycznych. W dziesięć minut nie ma nikogo w wielgachnym gmachu i nie ma też żadnych aut na urzędowym parkingu. Wtedy pospiech jest wskazany ale w czasie pracy wszystko zwalnia.

Jak już pokłonami po polsku, czapką do ziemi zdołamy zwrócić na siebie uwagę urzędnika zajętego opowiadającemu koleżankę urzędniczce o tym, jaką to wspaniała rybę kupił wczoraj na kolacje, mamy tylko ułamek sekundy szansy na zadanie pytania. Jak już zadamy i nie daliśmy się wyrzucić za drzwi standardową odpowiedzią: proszę napisać podanie. To możemy pismo do urzędu złożyć.  I teraz zaczyna się oczekiwanie. Bo urzędnik ma trzydzieści dni na to żeby nam odpowiedzieć. I nie ma, co liczyć na wcześniejsze załatwienie sprawy, bo zgodnie z prawem Parkinsona: jeżeli urzędnik ma określony czas na wykonanie danego zadania, zadanie to zostanie wykonane w możliwie najpóźniejszym terminie.

Kiedyś miałem pewna sprawę w urzędzie. W swej naiwności myślałem, że zdołam ją załatwić albo przynajmniej otrzymam odpowiedz od urzędników w ciągu trzydziestu dni zgodnie z prawem. Ale nic bardziej mylnego. Czekałem miesiąc, dwa, trzy. Zadzwoniłem i zapytałem, co z moim pismem. Urzędniczka długo szukała mojego podania a na końcu powiedział, że jest jeszcze załatwiane, więc… proszę czekać. Jak powiedziałem, że już nie trzydzieści dni czekam, lecz dziewięćdziesiąt odparła, że to nie tylko ten wydział pracuje nad moja sprawą i wyda opinie, ale wiele, wiele innych i każdy ma przecież trzydzieści dni. Po półtora rocznym oczekiwaniu i po postraszeniu urzędników skargą w sądzie administracyjny dostałem odpowiedzieć zawartą w jednym zdaniu. Dosłownie dziesięć słów odpowiedzi. Czyli mniej słów niż miesięcy oczekiwania na odpowiedz.  Jak dowodził przecież Cyril Parkinson: wykonywanie zadań wydłuża się, wypełniając cały czas pracy. Więc nawet jedno słowo urzędniczej odpowiedzi mogło powstawać w tydzień.

Pomyśleć by można, że może przydałoby się zatrudnić jeszcze więcej urzędników to prace, która jest do wykonania można by wykonać szybciej. Nic bardziej mylnego. Cyril Parkinson dowiódł, że w istocie rzeczy nie ma w ogóle żadnej współzależności pomiędzy liczbą urzędników a ilością wykonywanej pracy. Bowiem zgodnie z ta zasadą wzrost zatrudnienia będzie dokładnie taki sam bez względu na to, czy pracy będzie więcej, mniej, czy też nie będzie jej w ogóle.

Na zakończenie jeszcze dwa cytatu z praw Parkinsona jak ulał pasujące do urzędu miejskiego mojego prowincjonalnego miasta. Może właśnie myśli tego angielskiego uczonego rozjaśnią, choć trochę zagadkę ciągle rozrastającej się armii urzędników jaśnie nam panującego prezydenta mojego miasta.  A mianowicie: urzędnik pragnie mnożyć podwładnych, a nie rywali oraz takie, że: urzędnicy przysparzają sobie nawzajem pracy, jedni drugim. I od razu wszystko jest jakby bardziej zrozumiałe.