Syzyfowe prace drogowców
W moim prowincjonalnym mieście remonty dróg trwają właściwie przez cały czas. Drogowcy ze swoimi maszynami pojawiają się, co chwila w innej dzielnicy miasta. I bardzo dobrze, bo jeśli coś jest w złym stanie i wymaga remontu to trzeba to jak najszybciej naprawić. Ale zauważyłem też, że bardzo często remonty dotyczą tych samych ulic, które zastały wyremontowane przed kilkunastoma miesiącami.
Nie inaczej dzieje się na pewnej spokojnej uliczce w starej dzielnicy mieszkaniowej mojego miasta. Od kilku dni trwają tam w najlepsze prace remontowe. Drogowcy zerwali już na całej długości jezdni asfalt przy pomocy wielgachnej machiny i teraz zabrali się do zabezpieczania wystających studzienek kanalizacyjnych oraz do wyrównywania tego, co znaleźli pod zerwanym asfaltem. Sporo robotników w odblaskowych kombinezonach, kilka samochodów, huk maszyn oraz charakterystyczny zapach smoły w powietrzu to wszystko wydawało mi się jakoś tak znajome w tym miejscu. I nagle mnie olśniło! Nie tak dawno przecież, bo przed kilkunastoma miesiącami widziałem dokładnie tą sama scenę w tym samym miejscu.
Uliczka, na której pojawili się drogowcy to nie żadna tam uczęszczana arteria komunikacyjna narażana na ogromny ruch kołowy. To mała, cicha i spokojna uliczka osiedlowa gdzie samochody niespiesznie przejeżdżają raz na jakiś czas. Na poboczach wieczorami parkują samochody, czasem przejedzie jakaś śmieciarka a ruch zwiększa się nieznacznie tylko w czasie zajęć szkolnych, gdy rodzice podwożą dzieci na zajęcia. Poza tym jest tam z zasadzie minimalny ruch. Przed kilkunastoma miesiącami zakończył się tam remont i faktycznie niedługo potem pojawiły się koleiny, dziury i wybrzuszenia asfaltu. I w zasadzie w moim mieście jest to normą. Jak tylko znikają drogowcy to zaraz pojawiają się w jezdni rozpadliny.
Od lat trwa w Polsce, i także na mojej prowincji zażarta dysputa, jakie drogi są lepsze – asfaltowe czy te z betonu. Zwolennicy obu opcji przekonują się na argumenty technologiczne, cenowe oraz dotyczące trwałości nawierzchni. I jak widać na razie wygrywa opcja cenowa z nawierzchnią asfaltową. Ale coś chyba w technologii wykonania takich dróg szwankuje, jeśli trzeba je poprawiać już po kilkunastu miesiącach mimo tego, że jak na tej osiedlowej uliczce ruch był tam praktycznie żaden. A jednak nawierzchnia drogi tak się rozpadła, że potrzebne było jej całkowite zerwanie.
Jeśli nawiązać do mitologii, to jest to mniej więcej tak. Na początku Zeus ogłosza przetarg na wtoczenie kamienia pod górę. Wygrywa go Syzyf, który wtacza głaz na szczyt i za to bierze pieniądze. Wykonuje to jednak najtaniej i jak już tak wepchnie Syzyf ten kamień w znoju i trudzie to zakres przetargu się kończy, a kamień po pewnym, ale niezbyt długim czasie znów stacza się pod szczyt. Więc Zeus domaga się reklamacji, po której Syzyf znów wpycha kamień na górę. Potem, gdy Syzyf zakończy robotę reklamacyjną a kamień znów stoczy się pod szczyt Zeus ogłasza nowy przetarg i znów Syzyf pcha swój głaz na szczyt.
Podobnie jest z inwestycjami drogowymi w moim mieście. Urząd ogłasza przetarg, potem następuję jego wykonanie, ewentualna reklamacja pracy, potem przetarg, wykonanie, znów reklamacja, przetarg wykonanie i tak dalej. Czyli co kilka miesięcy drogowcy mają, co robić i tak trwa ta odwieczna symbioza urzędników i drogowców w syzyfowej pracy nad utrzymaniem w przejezdności miejskich dróg.
Nie mam złudzeń, że coś się zmieni, ale mam takie marzenie, że dożyję kiedyś czasów, kiedy urzędnik ogłosi przetarg na odbudowę drogi. Wygra go firma, która zagwarantuje jej trwałość przez dwadzieścia pięć lat, potem ta firma wykona drogę w technologii, która tą trwałość zapewni a droga, o której mowa przetrwa ćwierć wieku lub więcej. Ale to jest mniej realne niż mitologie.
