Leo Beenhakker alias Nikodem Dyzma?
Może i nasi reprezentacyjni piłkarze od kilku lat nie odnieśli znaczących sukcesów, ale za to jedna z polskich powieści okresu międzywojennego wywarła ogromny wpływ na los przynajmniej jednej osoby liczącej się w piłkarskim świecie. Z moich obserwacji wynika, że ukochaną pozycją książkową naszego byłego już trenera reprezentacji Leo Beenhakkera jest Kariera Nikodema Dyzmy, autorstwa Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Bo jak inaczej wytłumaczyć te niesamowite podobieństwa w przypadku obu karier? Tej trenerskiej w przypadku Leo i tej politycznej, choć fikcyjnej w przypadku Nikodema Dyzmy.
Już początki Leo Beenhakkera w polskim świecie piłki były zaskakująco zbieżne z książkowym pierwowzorem. Leo jak Dyzma wdarł się na salony i wywrócił do góry nogami wszystko w polskim światku piłkarskim. Nie był on naszym polskim trenerem, lecz przybyszem z Holandii, który w nieznanym większości języku zaczął pouczać nas wszystkich w dziedzinie, na której każdy polak się zna się przecież najlepiej już od dzieciństwa.
Wcześniej, gdy Beenhakker miał już ponad sześćdziesiąt lat wielu uważało, że powinien odejść na zasłużoną emeryturę. Jednak Leo ciągle powtarzał, że futbol już go, co prawda męczy, ale jest jak narkotyk i po kilku miesiącach bezczynności znów go do siebie przyciąga. Holender przejął, więc reprezentację Trynidadu i Tobago, która pod jego przewodem awansowała do Mistrzostw Świata w Niemczech. Wtedy to zapewne nasi działacze pomyśleli, że jeśli drużyna z najmniejszego państwa świata, jakie dotychczas grało na MŚ zaliczyła tak udany debiut, na mundialu to, co dopiero będzie czekać polską reprezentację pod przewodnictwem Leo.
Beenhakker jak Dyzma na raucie u premiera, radził sobie doskonale z reprezentacją Trynidadu i Tobago, nie wchodząc nikomu w drogę, aż do czasu, gdy nasi polscy działacze piłkarscy nie wpadli na pomysł zapoznania się z trenerem. Dyzmie wytrącono na przyjęciu z ręki talerz z sałatką, a Leo zaproponowano kontrakt na prowadzenie polskiej reprezentacji. To były momenty zwrotne dla nich obu. Od tego czasu Leo, jak Nikodem robił zawrotna karierę w Polsce. Nie tylko w sporcie, ale też w reklamie.
Leo Beenhakker rozumiał już zapewne wtedy, że kontrakt na kierowanie Polską reprezentacją to nie to samo, co związanie się z Trynidad Tobago. Tam były pieniądze, owszem, ale prawdziwa kasa to jest jednak w Europie. I nie zawiódł się. Dopiero w Polsce zaczął dobrze zarabiać. Czterdzieści tysięcy euro inkasował miesięcznie na początku pracy dla Polaków. Teraz jest to już siedemdziesiąt tysięcy plus dodatki. Więc nic dziwnego, że mimo licznych i postępujących po sobie porażek Holender cały swój spryt włożył jak sie może wydawać w to, aby jak najdłużej utrzymać się na stanowisku trenera. Robił zapewne wszystko by Polski Związek Piłki Nożnej utwierdzić w mylnym przekonaniu o swej nieomylności, oraz o posiadaniu wizji, by jak najdłużej pobierać tę pensję.
Utrzymanie i mieszkanie będzie darmowe. Wydatki, zatem ograniczą się, do zaledwie, kilkudziesięciu, niech tam nawet kilku tysięcy złotych miesięcznie. Zatem ile to oszczędności na starość!. Ba! Żeby, chociaż ze trzy lata wytrwać. A może cztery… – myślał zapewne Leo Beenhakker. Później można by na procenty chociażby pożyczać i żyć jak jaśnie pan, nic nie robiąc lub robiąc jak dotychczas w Polsce – niezbyt wiele. Czy naprawdę taki był zamysł Holendra? Nikt tego nie wie, ale sadząć po jego poczynaniach mogło tak własnie być.
Tylko trzeba było kołować PZPN oraz wszystkich kibiców piłki nożnej w Polsce jak najdłużej i mieć się na baczności, żeby się nie wsypać. Dyzma miał plan uratowania polskich rolników. Leo Beenhakker też miał podobno plan, jak uratować polską reprezentacje od pasma klęsk. Wiele mówił, obiecywał, pouczał, snuł rozważania, krytykował – licząc, że w ciągu czterech lat musi w końcu przyjść dobra koniunktura no bodaj raz, i że Polacy muszą zacząć wygrywać. Zapewne liczył na cud… a cudu nie było. Ale szkoda.
Z całej tej historii doprawdy zadziwiające byłoby to niesamowite podobieństwo karier Beenhakkera i Dyzmy gdyby ten pierwszy naprawdę nie znał swego książkowego pierwowzoru. Więc jest tu jednak jakieś zwycięstwo, nie piłkarskie, ale zawsze.
