Eutanazja zielonego miasta
Dwieście pięćdziesiąt drzew pójdzie pod topór miejskich drwali w moim prowincjonalnym mieście. Magistrat, a właściwie jego rzeczniczka w swoich wypowiedziach dla prasy, twierdzi, że miasto nie chce usuwać zdrowych drzew. Drwale z urzędu chcą wyciąć jak mówią tylko drzewa chore lub uschnięte. Urzędnicy jak zawsze w takich wypadkach dla uspokojenia opinii publicznej twierdzą zgodnie, że w miejsce wyciętych drzew zostaną posadzone nowe. Takie tłumaczenie jest tradycyjne od lat tylko jakoś tak nie widać w mieście tych wielgachnych nasadzeń zieleni, które obiecuje urząd od lat. A jeśli nawet nowe drzewa pojawiają się w moim mieście to ich żywot jest krótki. One po prostu przez brak opieki i wandalizm spokojnie sobie umierają. Statystycznie jest wszystko dobrze, bo nawet jak wytnie się ponad dwie setki drzew to w ich miejsce miasto statystycznie wykazuje się posadzeniem powiedzmy pół tysiąca nowych. Tylko, że z pięciuset nowych drzewek przeżywa pierwsze trzy miesiące, nie więcej niż dziesięć procent. Ale nikt miastu nie może zarzucić, że nic nie robią poza wycinką.
A jednak tak jest, bo przecież, jeśli drzewa są chore to nie zapadły na zdrowiu tak jakoś nagle i to w ilości, którą spokojnie można nazwać epidemią. Zapewne ich obumieranie trwało latami a więc dlaczego nikt z miejskich drwali z wydziału środowiska nie zauważył, że drzewa chorują. Mam nieodparte wrażenie, że urzędnicy miejscy odpowiedzialni za zieleń na mojej prowincji zauważają problem choroby drzew, gdy są już one w stanie agonalnym. Może liczą na to, że schorowane drzewo wybierze się do nich do urzędu, jak chory człowiek z katarem do lekarza i samo poprosi o pomoc w ratowaniu swego zdrowia? A może czekają aż drzewa poświęcą jedno z nich na papier. Potem kolejne z nich stanie się węglem drzewnym i dzięki takiej przemianie i poświeceniu zdołają napisać podanie o ratowanie ich życia. Wiadomo przecież powszechnie, że w urzędach najważniejsze są podania. Chyba naprawdę urzędnicy miejscy uwierzyli w moc przemieszczania się drzew i w możliwości ich kontaktu werbalnego ze środowiskiem urzędników, bo jak wytłumaczyć to, że nikt nigdy nie słyszał o zamiarze ratowania drzew, o ich leczeniu. Zawsze sprawy rozwiązuje się ostateczną wycinką. Zapewne magistrat uważa, że jeśli się drzewa nie skarżą to znaczy, że nie chorują. A jeśli zachorują to cóż, jest to dopust Boży, z którym nie warto dyskutować tylko należy poczekać, bo jeśli drzewo się samo uratuje to przecież widocznie miało żyć a jeśli uschnie i umrze to je się wytnie. Całe szczęście, że tej logiki nie stosuje wydział zdrowa urzędu miejskiego w stosunku do ludzi.
Oprócz stosowania w odniesieniu do drzew swoistej eutanazji magistrat mojego prowincjonalnego miasta stosuje też swoistą selekcję gatunkową w stosunku do drzew. Pod topór mają iść te niedobre drzewa, te już niemodne jak na przykład topole. Dla konieczności „oczyszczenia kompozycji zaniedbanych” z miejskich parków znikną też jałowce, wiązy, klony, żywotniki, jabłonie, jesiony, lipy, lilaki, berberysy, akacje, śliwa drobnolistna oraz jawory. Oczywiście wszystkie nie były nigdy leczone ot tak sobie postanowiły w tym roku umrzeć, więc miasto z ich wolą usunie ich pnie żeby nie zanieczyszczały kompozycji. Pod piłę trafi nawet jeden dąb szypułkowy, bo „jest samosiejką” co czyni go suchym jak wynika z miejskiego uzasadnienia wycinki. Aby być sprawiedliwym trzeba przyznać, że jest w moim mieście jedna metoda leczenia drzew. Urzędnicy z uporem maniaka stosują metodę walki, że szkodnikami polegającą na owijaniu drzew kasztanowca lepką folią oraz na grabieniu i paleniu liści. Choć z moich obserwacji wynika, że stosuje się tę metodę wybiórczo i nie do wszystkich kasztanowców. Ten system nie bardzo się sprawdza, więc może warto poszukać alternatywy. Znalezienie dla szkodnika wroga naturalnego – grzyba czy owada? Jest jeszcze metoda szczepienia drzew. Więc może warto zmienić nieskuteczną terapię zanim pacjent umrze i trzeba go będzie wyciąć?
Nietrudno jest posiąść wiedzę, że do oddychania potrzebny jest człowiekowi tlen. Produkują go drzewa i krzewy. Nietrudno jest też pojąć, nawet czterolatkowi, że jak drzewo jest duże i rozłożyste to produkuje więcej tlenu niż maluteńki patyczek z trzema liśćmi, który dopiero w dalekiej przyszłości ma szanse stać się wielkim drzewem. Czyli może warto stare, wielkie i rozłożyste drzewa jednak leczyć niż je zabijać? Jak wyczytałem w Internecie jeden stuletni buk wydziela średnio tyle tlenu, co tysiąc siedemset młodych buków. Mam prośbę do miejskich urzędników, chciałbym żebyście donosili obywatelem o tym, że uratowaliście dwieście pięćdziesiąt drzew przed zagładą a nie o tym, że macie zamiar je wycinać, gdy już nic się nie da zrobić. Bo lepiej jest leczyć niż zabijać.
