Pociągi wolnobieżne, czyli zmiany w PKP

Obublikował pavvel dnia

  

 

Stoimy z przyjacielem na dworcu kolejowym w moim prowincjonalnym mieście. Na tor przy peronie pierwszym wtacza się w niemiłosiernym pisku i zgrzycie pociąg linii podmiejskich pomalowany na charakterystyczne dla kolei barwy żółto – niebieskie. Z przejścia podziemnego prowadzącego na peron, jednocześnie z pojazdem szynowym wypada kobieta w chustce na głowie z dwiema wypchanymi po brzegi koszykami w rękach i rozpoczyna żwawy bieg w nasza stronę. Patrzymy jak zbliża się do nas klasyczny obraz włościanki handlującej kurzymi jajami na pobliskim targu. Nie zrobił na nas wrażenia masywny kolos na torach, ale ta handlarka z koszami pędząca na nas jak pociąg pancerny to już tak. Gdy już nas dopadła, zziajana wykrzyczała – Panie, panie ten pociąg to, jaki? Niebieski  – odparł spokojnie skory do żartów w każdej sytuacji mój przyjaciel. Ale dokąd? Dokąd? – dopytywała natarczywie kobieta. Do połowy – padła odpowiedź.

 

Tak mi się przypomniała to opowieść z dawnych czasów, gdy wczoraj czytałem o  zmianach na kolei. Przeobrażanie ma tu polegać na tym, że teraz chcąc skorzystać z usług kolei będziemy mieli do wyboru luksusowe Intercity albo Tanie Linie Kolejowe. Bo spółka PKP Intercity z początkiem listopada rozpocznie stopniową likwidację pociągów ekspresowych i pospiesznych. Coś mi się jednak wydaje, że zmiana będzie polegała bardziej na tym, że teraz stojąc przy kasie na dworcu kolejowym nasz wybór ograniczy się do kupienia biletu na pociąg w kolorach Intercity lub w barwach TLK. Bo jakoś trudno mi uwierzyć, że sama zmiana nazwy pociągu spowoduje tu rewolucję i wpłynie na to, że pociągi będą kursować bez kilkugodzinnych spóźnień. Choć trzeba przyznać, że możemy wybrać też oprócz kolorystyki wagonu i ceny biletu, także komfort, kiedy to będziemy przebywać w wagonie w czasie kilkugodzinnej podróży ze znacznym, planowym opóźnieniem.

 

W przypadku zmian na kolei oczywiste wydaje się to, że jeśli nie wiadomo, o co w nich chodzi to zapewne chodzi o pieniądze. O nasze – pasażerów PKP – pieniądze. Pociągi Intercity są drogie tak bardzo, że czasami rozsądniej jest gdzieś polecieć samolotem niż pojechać pociągiem. Ale z drugiej strony nie zawsze tam gdzie chcemy dotrzeć są lotniska.  Kupując bilet za spore pieniądze spodziewany się, że jakość usługi będzie dostosowana do jej kosztów. I zdecydowanie wagony Intercity są lepsze, jeśli porównywać je z innymi wagonami kolejowymi, które tylko z nazwy są dla ludzi. Jednak, jeśli chodzi o punktualność, to tu jest zdecydowanie jak zawsze, czyli źle. Zmiana polega więc na tym, że teraz będę mógł za wielkie pieniądze posiedzieć sobie w klimatyzowanym wagonie w jak zawsze spóźnionym pociągu.

 

Podejrzewam, że Tanie Linie Kolejowe jak sama nazwa wskazuje, będą czymś w rodzaju pociągu widma, gdzie w starych, nieogrzewanych wagonach, na plastykowych ławeczkach będą podróżować pasażerowie drugiej kategorii. Ci, co ich na Intercity nie było stać. Tani pociąg, więc i komfortu żadnego nie będzie. Nie mówiąc już punktualności. W wagonach TLK nie będzie zdecydowanie klimatyzacji chyba, że ktoś wybije szybę. Znikną miejscówki, co zapewne zagwarantuje tłok i stanie na korytarzach podczas podroży. A jeśli nawet jakimś cudem uda nam się dostać do przedziału, to do ośmioosobowego. Składy TLK będą podróżować wolniej niż Intercity, co oczywiście nie jest żadną niespodzianką. Istne pociągi dla pospólstwa w odróżnieniu od tych dla bogatych z Intercity.

Przyznać jednak należy spółce PKP Intercity, że jeśli chodzi o nazewnictwo to zdecydowanie do szybkości podróży nie pasowały stare nazwy. Przecież już od dawna wiadomo, że pociągi PKP to żadne tam ekspresy. Bo ta nazwa to raczej z szybkością się kojarzy. Spółka kolejowa ma rację, jeśli chodzi też o pociągi pospieszne. Przecież to nienormalne żeby nazywać pociągiem pospiesznym coś, co wlecze się ponad dwie godziny na stukilometrowej trasie. Raczej powinny się one nazywać pociągami wolnobieżnymi, bo taka nazwa lepiej do nich pasuje.