Jest wina ale kary nie będzie

Obublikował pavvel dnia

Przyjmując, że jest nas w kraju około trzydzieści siedem milionów obywateli, to każdy z nas jest winien spółce J & S Energy około 14,50 zł. Wydaje się mało, ale trzeba brać pod uwagę to, że to my wszyscy staliśmy się dłużnikami prywatnej spółki. My wszyscy, Pan, Pani, społeczeństwo jak mawiał klasyk. Czyli i ten duży, i ten mały, i ten gruby, i ten chudy, dziecko w kołysce i staruszka na emeryturze. Generalnie wszyscy jesteśmy winni i wszyscy zapłacimy za to, że jakiś pojedynczy urzędnik przed laty popełnił błąd nakładając na spółkę karę, którą teraz państwo musi zwrócić z odsetkami.  Od wczoraj wiadomo, że zgodnie z decyzją Naczelnego Sądu Administracyjnego rządowa Agencja Rezerw Materiałowych powinna zwrócić firmie paliwowej J & S Energy 452 miliony zł i 81 milionów zł odsetek.

 

Naczelny Sąd Administracyjny nie uznał skargi ministra gospodarki i utrzymał w mocy ubiegłoroczny wyrok warszawskiego WSA, uchylający nałożenie kary na spółkę paliwową
J & S. Firma zgodnie z decyzją sądu, całkiem słusznie oczekuje teraz zwrotu pieniędzy. Tym samym NSA potwierdził, że minister gospodarki, wydając decyzję o karze za brak rezerw paliwowych, źle zinterpretował przepisy. Za decyzję, która uszczupliła nasze portfele oraz skarbonki naszych dzieci odpowiada wiceminister gospodarki za rządów koalicji Prawa i Sprawiedliwości, LPR i Samoobrony. Pan ten przez dwa lata był sekretarzem stanu w Ministerstwie Gospodarki odpowiedzialnym za bezpieczeństwo dostaw surowców energetycznych do Polski. On sam oraz jego urzędnicy coś tam źle zrozumieli, czegoś nie dopracowali i tak, za urzędnicze błędy i brakoróbstwo sprzed dwóch lat, odpowiemy teraz my wszyscy.  A co z urzędnikiem, który tak błędnie interpretuje przepisy, że doprowadziło to do półmiliardowej straty? On ma się dobrze. Od dwa tysiące ósmego roku jest doradcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego oraz członkiem Zespołu do spraw Bezpieczeństwa Energetycznego w Kancelarii Prezydenta RP.  Czy za coś odpowie? Ależ skąd! Nie ma odpowiednich przepisów. A przecież sam się nie domyśli.

 

Jest, co prawda w sejmie projekt ustawy o finansowej odpowiedzialności urzędników, ale leży on sobie spokojnie od wielu miesięcy w szufladzie. Premier Donald Tusk obiecał, że posłowie Platformy Obywatelskiej zabiorą się z werwą do pracy nad tą jak widać bardzo potrzebną ustawą. Ale jak widać premier tylko obiecał. Polacy stanowczo domagają się wprowadzenia materialnych kar dla urzędników, którzy błędnymi i często bezprawnymi decyzjami doprowadzają do ogromnych strat finansowych. Nie ma przecież prawie dnia, aby media nie donosiły o urzędniczych błędach i wypaczeniach, które doprowadzają do bankructwa firmy oraz uprzykrzają życie obywatelom. Z danych zawartych w sondażu jednej z firm badających opinię publiczną, a zamieszczonych w Internecie wynika, że aż osiemdziesiąt trzy procent ankietowanych uważa, że urzędnicy powinni ponosić finansowe konsekwencje błędnych decyzji. Ale cóż tego, skoro nie widać końca prac nad stosowną ustawą. Jeśli tak wielu naszych obywateli widzi potrzebę uchwalenie sensownych regulacji zabezpieczających firmy i obywateli przed bezkarnością urzędników to, dlaczego nic się w tej sprawie nie dzieje?

 

Mam tylko nadzieję, że nie mamy tu do czynienia z wielką zmową między politykami a urzędnikami. Bo przecież bardzo często urzędnik jest na swym stanowisku z politycznego nadania. Więc, po co poseł, który w przyszłości może stać się urzędnikiem państwowym ma głosować nad przepisami na mocy, których będzie biurokrata karany za błędy. Przecież lepiej powiedzieć, że działało się w dobrej wierze. Że chciało się dobrze a – wyszło jak zawsze. A wielki chór kolegów urzędników oraz polityków, zaśpiewa nasz nowy hymn: chłopaki nic się nie stało. Bo faktycznie nic się nie stało w ich mniemaniu. Nikt za błędy biurokratów nie odpowie a pół miliarda zapłacimy my wszyscy.  Pan, Pani, społeczeństwo.