Drogowskaz na korek

Obublikował pavvel dnia

Niekoniecznie napawa mnie wielką radością poranna jazda samochodem z mojego prowincjonalnego miasta, do naszej ukochanej stolicy. Ale niestety, są takie sytuacje w moim życiu zawodowym, które mnie do tych wypraw zmuszają. I choć dzieli moje miasto od Warszawy nie tak znów dużo kilometrów, to jednak ostatnimi czasy mam wrażenie, że jest znacznie bliżej. A to wszystko dzięki nowej drodze szybkiego ruchu. Niby tak samo, jeśli chodzi o odległości a jednak bliżej, jeśli chodzi o czas przejazdu.

 

A jechało się kiedyś do stolicy wąziuteńką drogą pamiętającą jeszcze czasy zaborów. W latach minionych, gdy panował zły i mroczny system polityczny, nic, a w najlepszym wypadku, niewiele więcej zrobiono dla poprawy komfortu jazdy, więc naprawę wielkim wyzwaniem wydawała mi się podroż do Warszawy. Ale nastały nowe czasy i nowe powstały drogi. Przez miesiące, gdy tylko dane mi było jechać do stolicy z mojej prowincji, ze wzruszeniem obserwowałem tłumy robotników, wielkie maszyny, koparki, walce i wszystko to, co w trudzie i znoju budowało nowe, lepsze szosy, łączące stolicę z resztą kraju. Nie przeszkadzało mi wystawanie w gigantycznych korkach,. Spokojniej znosiłem trudy podróży, bo wiedziałem, że oni pracują, dlatego, żeby było coraz lepiej. Cierpliwie stałem w korkach i traciłem czas, bo wiedziałem, że musi być gorzej, żeby potem było lepiej.

 

Trwała ta wielka budowa miesiące i lata. A ja statecznie trwałem w swej cierpliwości i w podziwie dla trudu drogowców budujących nowe drogi. Aż wreszcie nadszedł ten dzień. Mogłem przejechać się pierwszym nowo wybudowanym odcinkiem trasy. Pamiętam wielką radość i dumę z pracy drogowców. I choć odcinek ten był niewielki, to i tak wielki był to dla mnie sukces. Potem oddawano do użytku kolejne odcinki, a ja podczas jazdy z, i do Warszawy wielokrotnie zmieniałem mój pas ruchu, gdy na drugim trwały walki o nową, lepszą nawierzchnię. Pokonywałem znów w korkach te fragmenty, które jeszcze nie zostały wykończone a które łączyły te już oddane do użytku szosy, z tymi, prawdziwego zdarzenia. I znów czekałem. I znów wierzyłem… i tak czekałem… i czekałem… i miałem nadzieje.

 

Az w końcu się doczekałem. W radiu podali, że już za dwa tygodnie wszystkie nowo wyremontowane odcinki zostaną połączone w jeden ciąg komunikacyjny. I, ze już jak człowiek będę mógł dostać się w rozsądnym wyznaczonym przepisami ruchu drogowego czasie z mojego prowincjonalnego miasta do stolicy naszej ojczyzny. Jak mówiłem, byłem cierpliwy aż do przesady. Aż do dziś, kiedy to jadąc do Warszawy, nagle zatrzymałem się w wielkim korku. Starałem się dociec, co też mogło mnie i setki innych aut zatrzymać na nowiuteńkiej trasie szybkiego ruchu? Oczami wyobraźni widziałem najgorsze, czyli wypadek. Stałem tak sobie w sznurze samochodów i myślałem: może to premier z oficjelami otwiera odcinek nowej drogi? Może to awaria tira zatamowała ruch w obu kierunkach? Wiele miałem przypuszczeń. Przecież to nowa droga, ogrodzona z dwóch stron wielkim dźwiękochłonnym murem. Co też się mogło stać?

 

Aż tu nagle widzę! Jest przyczyna! To drogowcy nosi kochani wieszają nad jezdnią kierunkowskazy z nazwami miejscowości. Mają zwyżkę, mają swoje samochody specjalistyczne tamujące ruch w obu kierunkach i wieszają znaki. I straciłem cierpliwość. Przecież droga była zamknięta przez tyle miesięcy! Czy nie można było powiesić tych jakże potrzebnych znaków właśnie wtedy? Czy naprawdę trzeba było wieszać to teraz, po remoncie? Nie wiem jak to jest możliwe, że nikt nie pomyślał o tym przed otwarciem? Przecież remont nie trwał aż tak długo, żeby możliwe było znikniecie nazwy tej miejscowości z tego znaku w tym czasie. Jeśli oni, drogowcy, nie mogą zaplanować wieszania znaków przy okazji budowy dróg, to jak mogą zaplanować i wykonać nowoczesne połączenia drogowe w naszym kraju? No nie mogą! Choćby chciał w to uwierzyć, to nie mogą. Przykład tej niemocy rozsądnego planowania widziałem właśnie dzisiaj.