Pierwszy dzień wojny

Obublikował pavvel dnia

Co Pan robił trzynastego grudnia panie Janku? – Zapytałem sąsiada, gdy tak sobie wspólnie staliśmy w niedużej kolejce w kiosku z gazetami przyglądając się tytułom prasowym. Tamtej zimy? – Odpowiedział pytaniem na moje pytanie Pan Janek, jednocześnie wskazując wzrokiem zdjęcie w jednej z gazet, przedstawiające żołnierzy patrolujących ulice w dniu ogłoszenia stanu wojennego w grudniu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku. Tak w wojnę – odpowiedziałem. Pan Janek popatrzył na mnie i rzekł: Eeee, Panie, co to za wojna była? Ja tam nawet przez pierwszy tydzień to czołgu nie widziałem.

 

Amerykanie często zadają sobie wzajemnie pytania w stylu: co robiłeś, gdy zamordowano prezydenta Kennedyego? Tak jakby ta jedna minuta, w której zastrzelono człowieka miała jakieś wyjątkowe znaczenie. I pewnie ma, bo w większości przypadków każdy Amerykanin pamięta, co właśnie wtedy robił i gdzie przebywał. Na takiej samej zasadzie postanowiłem przepytać Pana Janka – mojego sąsiada – który z racji tego, że jest ode mnie starszy, zapewne pamięta o wiele lepiej pierwszy dzień stanu wojennego.

 

Jak to było Panie Janku? – No niech Pan opowie zachęcałem, gdy już z nowo nabytymi gazetami kierowaliśmy się z powrotem w stronę naszej kamienicy. – A co tu opowiadać? – stwierdził krótko sąsiad. – Nudno było – zaczął jednak swoje opowiadanie Pan Janek. – Obudziłem się w jakieś takiej strasznej ciszy i miałem takie uczucie, że coś się stało niedobrego. Z kuchni obok mojego pokoju słyszałem przez ścianę ponurą i żałobną muzykę. Matka raz po raz zmieniała stację, szukając czegoś, co nie będzie uwerturą, ale jakoś tak z pisków i trzasków wyłaniała się tylko chopinowska jednostajność. Ojciec z drugiego pokoju narzekał na telewizor, który znów się popsuł. I tak leżałem wsłuchując się w narzekania rodziców na to, że komuś w radiu odbiło z tą muzyką, i że nasz telewizor znów wyzionął ducha. Nagle zadzwonił dzwonek przy drzwiach, co nie było czymś normalnym w niedzielny poranek. I tak z krzyku znajomej moich rodziców dowiedziałem się, że jest wojna.

 

– Wojna? To było takie abstrakcyjne – kontynuował opowieść Pan Janek. Od razu przed oczami stanęła mi cała piątka pancernych z serialu, licząc też psa. Zobaczyłem w wyobraźni Niemców i Hansa Klossa. Rosjan biegnących do ataku z okrzykiem: uuuuuurarararrara!!!! Czyli klasycznie. Ale jak już się wyjaśniło, że tak naprawdę nikt na nas nie napadł i że to wojsko wypowiedziało Solidarności. Po początkowej panice rodzice postanowili zorganizować wraz z sąsiadami wyprawę do kościoła po mąkę i mleko w proszku. Bo i tak je rozdawali. A ja miałem, jako ten najmniej, rozsądny z rodziny zastać w domu i nigdzie nie wychodzić.

 

Oczywiście jak tylko zamknęły się drzwi za rodzicami zjawiło się u mnie kilku kolegów, których rodzice jak i moi zajęci byli organizowaniem się na czas wojny – wspomina Pan Janek. Jeden z nich przytaskał do mnie wielkie stare radio i zaczęliśmy szukać wiadomości z wolnego świata. Już nawet nie pamiętam czy słuchaliśmy Wolnej Europy, czy to inne polskojęzyczne radio było. Ważne jest to, co usłyszeliśmy. Podano mianowicie wiadomość, że toczą się walki i że na głównym placu naszego miasta stoją czołgi.  Czołgi rozpaliły naszą wyobraźnię. Postanowiliśmy razem z kolegami, że zobaczymy, czym to dysponuje nasza armia. Przez nikogo niezatrzymani pobiegliśmy zobaczyć to, co do tej pory widzieliśmy tylko na filmach. I tu spotkał nas zawód. Nie tylko nie spotkaliśmy żadnych czołgów, ale nawet wozu pancernego. Kompletnie nic. Tylko dwóch przemarzniętych milicjantów przy koksowniku. Taki był ten pierwszy dzień stanu wojennego – zakończył swoją opowieść Pan Janek.