Sylwestrowy maruda

Obublikował pavvel dnia

Jest poranek a ja już myślę o tym, jak będę się czuł w następny poranek. Wcale nie wybieram się do pracy na trzecią zmianę, nie zamierzam fedrować w kopani, nie mam w planach rozładowania wagonów z węglem, nie czeka mnie tez żadna praca intelektualna. Ja po prosu wybieram się na zabawę sylwestrową. Zawsze jak zbliża się koniec roku narasta we mnie poczucie, że powinienem się jakoś tak wyjątkowo zabawić właśnie tej jednej nocy przypadającej na koniec roku i początek nowego. Poczucie, że jeśli zostanę w domu przed telewizorem i przegapię coś ważnego, potęgują jeszcze nieustanne pytania moich znajomych i kolegów: gdzie idziesz na sylwestra?

Dla żartów mówię im więc, że idę do domu, bo mam dużo pracy i chcę trochę nadgonić z robotą. Wtedy patrzą na mnie jak na żabę i informują mnie uprzejmie, że chyba zwariowałem. A ja po prostu nie znoszę tej wielkiej ogólno społecznej presji, która zmusza mnie do jakiejś ponadnormatywnej nocnej aktywności z trzydziestego pierwszego grudnia na pierwszy stycznia. Ja tam jestem zawsze skory do zabawy. Nie można o mnie powiedzieć żebym się jakoś tak szczególnie wykręcał z imprezowania. I żebyśmy się dobrze zrozumieli nie jest moim problemem nocna balanga sama w sobie. Problemem jest to „ktoś” w sile tysięcy, wywierający na mnie presję żeby właśnie wtedy, gdy miliony się upijają tańcem, hulankami i alkoholem dołączył do zbiorowości i też poddał się szaleństwu noworocznemu.

Pewnie jakbym nie chciał to bym nie poszedł. Powie wielu z was. Ale z drugiej strony jak inni idą to, co tak sam będę w domu siedział.  Że marudzę? No dobrze może i marudzę, ale to wszystko przez to, że odczuwam tak dużą presję, że muszę ponad wszelką wątpliwość dobrze się dziś bawić. A jak ja coś muszę to się najczęściej nienajlepiej właśnie bawię.  Już taki jestem, że jak ktoś na mnie naciska to ja tym bardziej nie chcę. Niby dobrze i miło się tak spotkać ze znajomymi, wychylić kilka głębszych, potańczyć i pogadać. Ale jak od rana słyszę, że powinienem sie przygotować na coś wyjątkowego, bo to przecież sylwester to jakoś nie mogę zrozumieć, dlaczego akurat dziś ma się zdarzyć coś wyjątkowego a nie wczoraj.

Symbolika końca roku i początku nowego jakoś tak nie przemawia do mnie dostatecznie mocno abym uwierzył, że powinienem wykazać się szczególnie dzisiejszej nocy w tańcu tylko dlatego, że coś się tam kończy a coś zaczyna. Czy mam jakoś tak szczególnie poczuć się lepiej, dlatego że jestem o rok starszy? To przecież żaden powód do radości, a raczej przyczyna utopienia tych myśli w czymś mocniejszym. I pewnie właśnie tak się skończy moje noworoczne brykanie nocne – wielkim kacem o poranku. I tak mam takie ambiwalentne uczucie od samego rana. Z jednej strony odczuwam radość ze spotkania ze znajomymi oraz z możliwości zabawy w większym gronie. A z drugiej strony nie mogę znieść teg ciśnienia, które wtłacza mnie w ramy postępowanie tak jak nakazuje tradycja i normy społeczne.

Dobrze jest wyrwać się z domu z dziewczyną. Potańczyć, porozmawiać ze znajomymi wypić i cos zjeść. Ale dlaczego ja ciągle czuję, że coś muszę w związku z tym sylwestrem, choć zdawałoby się, że nie muszę. Najlepszym pomysłem byłoby skopiowanie pomysłu z pewnej polskiej komedii romantyczno – feministycznej, w której główne bohaterki obchodzą sylwestra w połowie lata. Czyli właśnie chcą, choć nie zmuszają ich do tego żadne tradycje oraz daty w kalendarzu. To dobry pomysł. Na koniec przypomniał mi się fragment z tekstu piosenki Kazika: …ja wam powiem moi mili: Dobra metoda – pić rosół przed wszystkimi. I niech to będzie moja rada na dobrą i zabawową sylwestrową noc.