Nieważne kim jesteś ważne, kogo znasz
Nie, tu się nie ma, pod kogo podwiesić – mawiał gospodarz domu Stanisław Anioł z bloku przy Alternatywy 4. I miał rację. Czym dłużej obserwuję tak zwaną politykę zatrudnienia, czy może bardziej stosunki międzyludzkie ogólnie, to mam nieodparte wrażenie, że najważniejsze jest to, pod kogo jesteśmy podwieszeni. Nie bardzo liczy się wykształcenie. Nie ma znaczenia doświadczenie. Najważniejsze jest to, kto stoi za twoimi plecami i delikatnie acz skutecznie popycha Cię we właściwym kierunku. A kierunek jest jeden – zawsze i wszędzie. Ja i moi koledzy do przodu za wszelka cenę. Bo jak mawiał inny klasyk:, kto nie z nami to przeciw nam. I tak rośnie nam od wieków Polska kolegów i przyjaciół. Społeczeństwo wzajemnych adoracji, zależności i przysług. Ja dla ciebie coś załatwię, a ty załatwisz coś dla mnie, i dzięki temu załatwimy wspólnie tych frajerów, którzy nas nie znają.
Od dzieciństwa wmawiano mi ze muszę do czegoś należeć. Gdy chciałem się samotnie bawić, bo tak mi było z tym najlepiej, to już pani przedszkolanka biegła do mnie z dobrą rada: pobaw się Pawełku z dziećmi, nie siedź tak samotnie, bo Cię nikt nie będzie lubił. A ja właśnie tak sam wolałem, bo nie bardzo miałem ochotę na te dziecinne kontakty towarzyskie. I tak mam do dziś: jak mam ochotę to się zaprzyjaźniam, a jak nie mam to, po co mnie zmuszać. W szkole dalej wszyscy chcieli mi udowodnić, że najlepiej dla mnie byłoby gdybym należał – do harcerstwa, do ligi ochrony przyrody i takich tam organizacji. I najważniejsze żebym miał cały czas zapewnione towarzystwo. I szkoła najlepiej o to dbała. Nie tylko szkoła ta instytucjonalna, ale też ta szkoła, jako zbiorowisko młodych ludzi. Musisz zagrać w piłkę, musisz w kosza z nami, bo jak nie to nie będziesz przystawać. A właściwie to będziesz odstawać. Już wtedy podstawową komórką społeczną stała się grupa. Musiałem należeć, bo jak nie należałeś to Cię nie było. Całe szczęście, że znalazłem przyjaciół tak innych, że zapewniali mi alibi swoją odmiennością. Nawet ubierałem się tak, żeby wysyłać komunikat, że chcę na razie pozostać sam ze sobą. Skutkowało, ale już wtedy poczyniłem obserwacje, że łatwiej dostaje ocenę pozytywną udzielający się imbecyl niż zdolna, ale samotna z wyboru osoba. Ja musiałem więcej pracować, bo nie należałem. A przecież trzeba należeć.
W dorosłym życiu to już na sto procent musimy należeć. Przyjaciele w pracy wychodzą na papierosa. Ty nie palisz, więc nie należysz. Nie masz szans się dowiedzieć, co oni tam ustalają przy papierosku, no chyba, że zaczniesz palić i automatycznie zaczniesz należeć do zaklętego kręgu palaczy. Najważniejsze, kto cię popiera. Pod kogo jesteś podwieszony. Bo jak nie jesteś popierany to nie ma szans na lepszą pracę. Nie masz szans na awans. Ale masz za to ogromne szanse na zwolnienie, gdy nie należysz do znajomych ulubieńca dyrektora. Kilka miesięcy temu zadzwoniłem ze skargą do komendanta policji w moim prowincjonalnym mieście. Pani sekretarka na początku spytała, w jakiej sprawie. Wyjaśniłem, że w takiej a takiej. A że nawiązywałem w rozmowie do artykułu z lokalnej prasy, pani z sekretariatu mylnie wzięła mnie za dziennikarza. I już mnie miała połączyć z komendantem, gdy nagle ją olśniło i zapytała, z jakiej jestem redakcji. Gdy odpowiedziałem, że z żadnej, że tak, jako niezrzeszony chciałbym porozmawiać z przedstawicielem władzy, to pani od razu zmieniając ton powiedziała: a to, jeśli pan prywatnie, i nikogo nie reprezentuje to komendanta nie ma i nie będzie w najbliższych dniach. Z powyższego wydać wyraźnie, że w pojedynkę nie jest łatwo. Najlepiej być pod kogoś podwieszonym.
Najważniejsze jak widać mieć kogoś za plecami. Gdzieś należeć. Wiedzieć, kto Cię popiera i kogo ty popierasz. Bo bycie samotną wyspą nie jest mile widziane w naszym wzajemnie popierającym się społeczeństwie. Nieważne, co umiesz ważne, kogo znasz. I już sam nie wiem czy to dobrze czy źle. Źle wtedy, gdy widzę, że pani Zosia zaczyna pracę w urzędzie miejskim, bo znała się z panem Markiem. I to głównie, dlatego dostała tę pracę. Dobrze, jeśli mogę liczyć na przyjaciół w trudnych dla mnie chwilach. Jedno jest pewne. Od dzieciństwa wywierana jest na mnie presja żebym gdzieś należał. Do harcerstwa, związku młodzieży, partii, do kościoła, do koła łowieckiego przynajmniej. Jakby bycie niezrzeszonym było ułomnością.
