Wyburzyć, parkingi porobić!
Jest w moim prowincjonalnym mieście plac, który jakoś nie ma szczęścia właściwego zaistnienia w przestrzeni miejskiej. Plac ten od zawsze z założeniu włodarzy grodzkich, miał być miejscem reprezentacyjnym, ale jakoś tak zły los sprawiał, że było inaczej. Działo się to zapewne zgodnie z odwieczną zasadą panującą nie tylko naszym mieście, ale chyba w całej naszej ojczyźnie, która brzmi: chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze. I na tym placu, mimo szczerych intencji zmieniających się na przestrzeni dziejów magistratów, zawsze jakoś wychodziło inaczej niż władza zamierzała. Gdy plac wytyczano w zamierzchłych czasach carskich rządów, nazwano go Placem Rajszula. Potem, zgodnie z tym, co działo się w mieście przy okazji zmiennych losów historii, plac zmienił nazwę na Jagielloński. W czasach wojennych był nazwany Reichplatz. Potem był znów Placem Jagiellońskim, by po pewnym czasie, na wiele lat zamienić się w plac Zwycięstwa, a następnie w naszej wyzwolonej z PRLowskiego ucisku ojczyźnie, powrócić do królewskiej nazwy Plac Jagielloński.
Jeśli jest plac to zwyczajowo w Polsce musi się przy nim, lub na nim, znajdować kościół albo pomnik. Są oczywiście warianty obejmujące oba te przypadki. Jest tak jakoś dziwnie w naszej ojczyźnie, że puste place w centrum miasta bardzo drażnią samozwańczych społecznych działaczy oraz włodarzy, którzy zawsze dążą do postawienia tam właściwego pomnika. W mrocznych czasach komunizmu na placu Zwycięstwa stał obelisk ku czci wyzwolicieli i dla upamiętnienia wiecznej przyjaźni między nami a naszym wielkim bratem w socjalizmie. Oczywiste, że jak tylko nastała nowa władza, jedną z pierwszych jej decyzji było pozbycie się pomnika z placu. A że zwycięstwo, które upamiętniała nazwa, okazało się okrutną okupacją to i nazwa placu zmieniła się na neutralnie, lecz królewsko – na Jagielloński.
Jednocześnie z wyburzeniem starego i niegodnego pomnika, władza oraz dzielni działacze, co raz wpadali na inny, ale zawsze lepszy od poprzedniego, pomysł udekorowania placu nowym słusznym pomnikiem. Bo wiadomo przecież, że przyroda jak i władza nie znoszą pustki, a na placach to już w szczególności. A pomysłów nie brakowało. Jedni mówili – pomnikiem uczcijmy króla Kazimierza Jagiellończyka. Inny upierali się przy upamiętnieniu monumentem Żołnierzy Armii Krajowej. Byli i tacy, którym pasował górujący nad placem z cokołu Witold Gombrowicz. Nie brakowało też takich, którym najbardziej podobał się pomysł pomnika upamiętniającego protesty robotnicze w siedemdziesiątym szóstym roku ubiegłego wieku. Pomysłodawców łączyło jedno – wszyscy widzieliby swoje pomniki na placu Jagiellońskim.
Mijały lata i plac miał rożne zastosowania. Ale nigdy nie udało się znaleźć aż tylu entuzjastów pomnikowej idei żeby zrealizować choć jeden zamysł. I tak plac, co pewien czas staje się lodowiskiem, potem miejscem rozgrywek zawodów piłki ręcznej. Sezonowo rozstawia się tam ogródek piwny. Czyli nic na długo i nic konkretnego. Ale to może dobrze. Kiedyś czytałem, że mieszkańcy Skandynawii mają taki zwyczaj, że jak już wybudują osiedle to wszędzie między nowymi blokami sieją trawę. A potem czekają aż ludziska wydepczą sobie ścieżki, pozajmują miejsca dla samochodów i dopiero na tej podstawie tworzone są trwałe place, chodniki i parkingi. U nas przez przypadek stało się podobnie. Od wyburzenia pomnika Zwycięstwa plac, co roku stawał się coraz większym parkingiem. Na początku nieśmiało parkowano tam kilka samochodów i autokarów dowożących dzieciarnię na przymusowe oglądanie przedstawień w pobliskim teatrze. Ale gdy w ostatnich tygodniach, gdy miasto wpadło na pomysł poszerzenia płatnej strefy parkowania, samochodów na placu jest tyle, że nie da się tam nie tylko wepchnąć samochodu, ale nawet roweru.
I tak oto, mieszkańcy mojego prowincjonalnego miasta, na przekór wszelkiej maści pomnikowym stawiaczom, zaanektowali plac na parking. Widocznie nie obelisk ku czci króla czy dawnych bohaterów jest najbardziej potrzebny w centrum miasta, ale wielki bezpłatny parking. Te setki parkujących na placu Jagiellońskim samochodów, są ucieleśnieniem słów wypowiedzianych przez jednego z bohaterów filmu Szczęśliwego Nowego Yorku, które mniej więcej brzmiały tak:… te wasze (..) cmentarze, pomniki… a wyburzyć… parkingi porobić… może by się Wam w głowach rozpogodziło. Jak widać rozpogodziło się i rozjaśniło, bo po wyburzeniu pomnika powstał tam piękny parking.
