(….) ocenzurowano zgodnie z ustawą
Przesłuchanie premiera naszego rządu przed komisją sejmową, powołaną do zbadania afery hazardowej trwało trzynaście godzin. Jednak żadne z pytań nie dotyczyło próby wprowadzenia przez rząd cenzury Internetu, przy okazji nowelizacji ustaw dotyczących hazardu. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo nie wytrzymałem. I nie przysłuchiwałem się stale i bez przerwy przepytywaniu premiera przez posłów. Wszystko przez zmęczenie i nudę tym wielogodzinnym ględzeniu w kółko, o tym samym. Ale mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że właśnie tak było. Nikt o zamiarze cenzurowania internetu nie wspominał nawet słowem. A moim zdaniem tu jest właśnie prawdziwa afera! Ale nie spodziewam się w tej sprawie powołania specjalnej komisji sejmowej, która przed kamerami, przez wiele miesięcy, będzie wyjaśniać, kto wpadł na taki pomysł. Bo po jednej i po drugiej stronie, czyli w komisji i za stołem dla świadków, często zasiadają ludzie, którzy są powiązani z państwem a więc zainteresowani cenzurowaniem na potęgę. Bo państwo uwielbia kontrolować tych, z których się utrzymuje. Czym większa wiedza o poddanym państwu człowieczku, tym bardziej jest on posłuszny. I tym bardziej jest on pracowity. A jak mu nikt nie mówi, że ma na rękach państwowe kajdany to on w swej nieświadomości płaci w podatkach na państwowych nadzorców coraz więcej i więcej. A żeby się nie domyślił człowieczek swej roli wielkiego utrzymywacza urzędniczej państwowości najlepiej żeby nic nie wiedział, albo wiedział niewiele o swym losie. I do tego jest właśnie potrzebna cenzura.
Każdy urzędnik państwowy wie, że nie można tak oficjalnie powiedzieć, że chce on wprowadzić cenzurę. Po co ludzi denerwować takimi wielkimi słowami? Ale też wie, że państwu do kontroli obywateli potrzebna jest cenzura. Ale może jej tak nie nazywać? Kiedyś przecież wmówiono Polakom, że poprzedni ich właściciele cenzurowali ich nielegalnie. Nowi właściciele ich od tego wyzwolili. Każdy wie, że niedoinformowanym jest łatwiej rządzić, więc cenzura państwu jest potrzebna. A przy okazji słusznej walki z hazardowym wrogiem można przeszmuglować cenzurę. Może nikt nie zauważy. Warto taki zamiar okrasić wielkimi słowami walki o moralność… I już. I po sprawie. I jeszcze tak dla uspokojenia tak zwanej opinii publicznej, zrobi się „konsultacje społeczne”. Tam sobie krzykacze niepokorni pogadają, wykrzyczą się, wyżalą i potem się odpowiednią cenzorską ustawę wprowadzi jak to zamierzono. Bo to przecież dla dobra ich, ludzi zwykłych, nie państwa. Nawet można zrobić dwugodzinne spotkanie z premierem w tej sprawie, bo jak mówi pewien klasyk z telewizji: warto rozmawiać. A że pewnie nic z tego nie wyniknie? To nieważne. Ważne, że rozmowy się odbyły. Pozory utrzymane. To najważniejsze.
Nowe przepisy ustawy o prawie telekomunikacyjnym przewidują utworzenie Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych, który ma prowadzić prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Rejestr będzie zawierał elektroniczne adresy umożliwiające identyfikację stron internetowych lub innych usług, zawierających tak zwane treści niedozwolone. Będą tam rejestrowane na przykład strony internetowe zawierające treści pornograficzne z udziałem małoletniego, treści tworzone w celu dokonania kradzieży i oszustw finansowych, treści umożliwiające organizowanie gier hazardowych bez zezwolenia. Tyle teorii. I to jest właśnie ta marchewka, z opowiastki o kiju i marchewce. To, co ma uspokoić nasze sumienia. Pokazać słuszność walki dzielnych państwowych rycerzy z hydrą hazardu i pornografii. Ale jest też kij. Ukryty, ale jest. Projekt zawiera również przepisy, które mogą prowadzić do stosowania cenzury prewencyjnej. Jeden z artykułów nowej ustawy mówi, że na zasadach określonych przez przepisy odrębne, swoboda świadczenia usług drogą elektroniczną może zostać ograniczona, jeżeli jest to niezbędne ze względu na ochronę zdrowia i moralności publicznej, obronność, porządek publiczny lub bezpieczeństwo państwa.
W okresie Polski Ludowej głównym narzędziem tłumienia niezależnej od władz myśli i słowa była instytucja cenzury. W tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym roku ubiegłego wieku Krajowa Rada Narodowa uchwaliła dekret, na mocy, którego powołano Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Przez niemal całe lata PRL-u, funkcjonariusze tego urzędu czuwali nad tym, by do publicznej wiadomości nie przedostawały się opinie i informacje, które władza uważa za niepożądane. Stosowne przepisy dekretu zakazywały upublicznienia wszelkich utworów zawierających treści „godzące w ustrój państwa polskiego, sojusze międzynarodowe, głoszące nieprawdę oraz naruszające dobre obyczaje”. Podobne do tych współczesnych sformułowań.
Interpretacja tych ogólnikowych sformułowań należała do cenzora. Podjęta przez niego decyzja była właściwie ostateczna, choć, teoretycznie można się było od niej odwołać do premiera. Teraz w zasadzie też jeden urzędnik podejmować ma decyzje, co będzie zakazane ze względu na ochronę zdrowia i moralności publicznej, obronności, porządku publicznego lub bezpieczeństwa państwa. Ale jest postęp. Teraz, teoretycznie, można się odwołać do sądu, nie do premiera. Ale jeśli rejestr stron zakazanych ma być tajny to jak się dowiedzieć, że coś zostało zakazane. A jak już wiemy, że jest zakazane, to przy opieszałości naszych sądów zdjęcie zakazu publikacji może potrwać tyle, że informacja z zakazanej cenzurą strony może okazać się przydatna już tylko historykom. I to jest właśnie stara cenzura prewencyjna w nowym e-wydaniu. A to, że po spotkaniu z premierem niektórzy uwierzyli, że cenzurowania nie będzie? Cóż… ja jednak pozostanę w tej sprawie pesymistą.
