Dożywocie u władzy
Kiedyś na studiach, podczas wykładów traktujących o zasadach demokracji usłyszałem, że politykiem się tylko bywa. To znaczy, że czasami naród w procesie wyborczym powierza pewnym osobom funkcje polityczne, by ci ludzie reprezentowali w parlamencie interesy tych, którzy nie chcą, nie mogą lub nie potrafią zajmować się polityką. Nie pamiętam już, kto to powiedział. Ale zapamiętałem zasadę, że jedną z podstawowych cech demokracji jest wymienialność rządów. Że bardzo ważną rzeczą jest to, że posłem, senatorem, ministrem, premierem i prezydentem tylko się bywa. Bo po to ustalono system kadencyjny, i po to dano nam prawo wyboru, żebyśmy mogli, jeśli tego zapragniemy, wymienić aktualnie rządzących na innych. Bo tylko naród jest suwerenem w państwie demokratycznym i tylko on ma prawo wyznaczać tych, których pragnie widzieć na najwyższych stanowiskach. Dlatego właśnie kadencyjność, jest według mnie jednym z filarów demokracji.
Jeśli przyjmiemy za prawdziwe słowa Winstona Churchilla, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu, to warto też przyjąć, że w tym „najlepszym” systemie sprawowania władzy ważne jest to, że każdy rządzący musi się liczyć z tym, że za jakiś czas rządzić już nie będzie. Jedna z telewizji informacyjnych dotarła do założeń projektu nowej konstytucji, autorstwa platformy obywatelskiej. Na szczęście dziennikarze z TV nie zatrzymali tej wiedzy tylko dla siebie. Dzięki temu i ja mogłem się dowiedzieć, że jedna z ustaw towarzyszących projektowi nowej konstytucji, zakłada między innymi zagwarantowanie miejsca w Senacie dla każdego byłego prezydenta, oraz wprowadza zasadę dożywotniej państwowej pensji dla każdego byłego premiera.
Zasada dożywotności sprawowania funkcji w państwie kojarzy mi się raczej z monarchią niż z demokracją. I mam prawo do takich skojarzeń mimo tego, że pewnie wielu z moich współobywateli uważa, że jak taki zwyczaj jest stosowany w innych krajach to i u nas jak nic można go wprowadzić od zaraz. Projekt ustawy lansowanej przez Platformę Obywatelską zakłada, że każdy, kto przez ostatnie dwadzieścia lat, choć przez chwilę stał na czele rządu, dostanie specjalne, dożywotne uposażenie w wysokości pensji urzędującego premiera. Bo choć premierem się bywa, to pensja już jest dożywotnia jak wynika z projektu. Podobnie, dożywotnie uposażenie dostawaliby także byli prezydenci. Czyli w naszej demokracji będą takie urzędy, które jak już ktoś obejmie, to już na lata stanie się stałym kosztem w państwowym budżecie. Może by tak pójść z tym pomysłem szerzej? A dlaczego dożywotnio nie opłacać ministrów, dyrektorów departamentów, podsekretarzy stanu? Przecież nie warto tracić tak zacnych ludzi i ich wiedzy, jeśli tylko zmienia się rząd. Nawet, jeśli narodowi rządy się nie podobały i je zmienił w wyborach, to nadal warto opłacić tych, co odchodzą z woli wyborców, bo jeszcze umrą z głodu jak im państwo nie zapewni pensji. Genialny pomysł, jeśli przyjmiemy założenie, że oni nic już innego nie potrafią robić jak tylko rządzić. Jednak jak widać z doświadczenia, byli premierzy i prezydenci świetnie sobie dają radę w życiu, po upływie swoich kadencji. Więc, po co ten dziwaczny pomysł? Takie uszczęśliwianie na siłę, czy raczej pomysł na zapewnienie sobie dożywotniej posady? Bo a nuż zastanie ktoś z twórców ustawy premierem.
Dodatkowo nowa konstytucja gwarantowałaby prezydentowi dożywotni mandat senatora. I tu widzę kolejną niedorzeczność. Rozważny to zagadnienie teoretycznie. Nadchodzą demokratyczne wybory. Naród pokłada zaufanie w pewnym polityku. Wyborcy wierząc w obietnice kandydata sprawiają, głosując właśnie na niego, że obejmuje on najwyższą funkcje w państwie. Mija kadencja. Większość obietnic przedwyborczych okazuje się jednak bez pokrycia. Więc naród, rozczarowany politykiem odwołuje go ze stanowiska wybierając innego polityka na prezydenta. Zasady są proste. Podoba się, więc rządzi. Nie podoba się nie narodowi musi odejść. Dla ochrony standardów demokratycznych wprowadzono w konstytucji obecnie obowiązującej zasadę, że nie może on rządzić nawet jak się bardzo podoba więcej niż dwie kadencje. I słusznie.
Więc, po co w nowej konstytucji ma być zapis o tym, że jak nawet prezydent narodowi nie przypadł do gustu i go ten naród w wyborach odwołał z prezydentury, to i tak go będzie utrzymywał, bo zostanie on dożywotnio zatrudniony, jako senator. Czyli trzeba przyjąć, że jak raz już ktoś zostanie prezydentem to już na zawsze pewną władzę sprawować będzie. Pewnie, że senator to nie prezydent. Ale jak coś ma być na stałe i nieodwołalne, to raczej dalekie jest od demokracji moim zdaniem. A jeśli polityk odwołany z prezydentury okaże się być jeszcze gorszym senatorem? Oba te pomysły, ten z pensjami i senatorstwem dożywotnim, mają doprowadzić do tego, że najważniejsze osoby w państwie nie będą znikać z życia publicznego. Nawet jak się nie sprawdziły? To nader ciekawe podejście do demokracji, do kadencyjności władzy oraz do wybieralności przedstawicieli w wolnych wyborach. Bo przecież wybierając obecnego czy poprzedniego prezydenta nie wiedzieliśmy o tym, że ma on być dożywotnio senatorem, a projekt zakłada właśnie takie rozwiązanie dla naszych byłych głów państwa. Warto się nad tym zastanowić, bo nadejdą jeszcze takie czasy, że każdy prezydent miasta, burmistrz czy wójt będzie chciał zostać po odwołaniu z funkcji dożywotnim radnym, w myśl tak pojętych zasad demokracji.
