Państwowe przedszkole
Kiedy byłem przedszkolakiem to prawie o niczym nie mogłem zadecydować samodzielnie. Zawsze był ktoś, kto wiedział lepiej ode mnie jak mam się zachować. Jak mam się ubrać, lub jak, i co mam zrobić. Miałem zakładać czapeczkę jak było zimno. Rękawiczki żeby nie marzły mi paluszki. Fartuszek z muchomorkiem żebym się za bardzo nie brudził w czasie zabawy lub w czasie jedzenia. Przymusowe było leżakowanie, czyli drzemka po posiłku. Wiele było zakazów i wiele nakazów. Ale takie jest życie przedszkolaka. Z racji młodego wieku musi od polegać na wiedzy starszych i doświadczonych. Nic nie może robić samodzielnie, bo jest małolatem. I ciągle słyszy, że jak dorośnie to będzie mógł samodzielnie zadecydować o swoim losie.
Teraz jestem dorosły. No przynajmniej według obowiązujących w tym kraju standardów dorosłości. Mam bierne i czynne prawo wyborcze. A jednak w niektórych sprawach państwo traktuje mnie jak przedszkolaka. I tak jak kiedyś moi rodzice czy wychowawcy wiedzieli lepiej ode mnie, co dla mnie będzie dobre, tak teraz państwo poprzez wydawane dla mnie zakazy i nakazy dyktuje mi, co mam zrobić z własnym życiem. I nie chodzi mi tu o tak totalne panowanie nad moim życiem, które zakazuje mi skończyć z nim, jeśli tego zapragnę. Choć nie pragnę oczywiście. Idzie mi tu o to moje prawo do eutanazji, jeśli tego będę chciał. O zwykłe prawo wyboru w świetle obowiązującego prawa. Ale pomijając sprawy ostateczne mój wielki rodzic, moje państwo, zakazuje mi na przykład palenia papierosów w pewnych miejscach. Nie palę tytoniu, ale jakbym nagle chciał zapalić w swoim prywatnym samochodzie, to w myśl nowych przepisów dostałbym mandat. Bo nie wolno oddawać się nałogowi czy przyjemnościom nawet jak nikogo z nami nie ma. Nie wolno mi oglądać reklam namawiających do hazardu. Nie wolno mi handlować w święta, jeśli bym tego nawet bardzo chciał i nie wolno mi też nic kupić w sklepie, bo przecież niewielu łamie zakazy.
Wiem, że wiele zakazów i nakazów państwowych jest potrzebnych, bo pokazują mi, że jeśli przekroczę pewne granice zagrożę bezpieczeństwu czy prywatności innych osób. Ale czy nakaz jazdy w pasach bezpieczeństwa łamie jakieś prawa innych? Ja wiem to takie wyświechtane stwierdzenie. Ale pokazuje, jaki stosunek do nas obywateli ma państwo. Nie wolno i już. Zakazujemy ci zginąć w wypadku samochodowym. Zapinanie pasów jest potrzebne. Jeśli ktoś chce przeżyć na drodze to powinien pasy zapinać. Zapinałbym je nawet wtedy gdyby nie było to wymagane przepisami i zagrożone mandatem. Ale nie o to tu chodzi. Chodzi o sam akt wyboru. Gdybym chciał to mógłbym zapiąć, a jeśli nie zależałoby mi na życiu i zdrowiu to mógłbym nie zapinać. Wtedy to ja dokonuje wyboru a nie ktoś robi to za mnie. A tak muszę i mam poczucie, że ktoś inny zadecydował za mnie.
Stale jestem w wielkim, krajowym, gigantycznym przedszkolu. I znów z każdej strony słyszę rozkazujący głos państwowej przedszkolanki. Załóż kask na stoku narciarskim! Nie zadeptuj trawników! Zapnij pasy w samochodzie! Ten tańszy lek jest dobry, mniam a ten droższy jest be, niedobry. Nie pal publicznie ani skrycie! Chcesz się nabawić choroby? Kup wódeczkę, ale nie pij, bo ci zaszkodzi! A tak ogólnie to nie tylko tytoń szkodzi, więc nie pal tego zielonego świństwa z Holandii, bo już po jednym skończysz w mrokach narkotycznego nałogu! I tak dalej i tym podobne głosy wielkiego nauczyciela. Oczywiście jest znacząca różnica. W przedszkolu dla maluchów, za przewinienie trafiałem do kąta. Teraz jak nie będę się stosował to poleceń, nakazów i zakazów, to mandatem mnie władza przywoła do porządku. Szkoda tylko, że jak już państwo traktuje mnie jak malucha z przedszkolnej grupy muchomorów, to za dobre sprawowanie, nie nagradza z równą sprawnością, jak karze za łamanie zasad.
