Zmiany w prowincjonalnej fotografii

Obublikował pavvel dnia

Czasem z rozrzewnieniem wspominam zdjęcia umieszczone w witrynach zakładów fotograficznych w małych miasteczkach. Można tam było zobaczyć cały przekrój prowincjonalnej społeczności zatrzymany w kadrach zdjęć. Dumne panie w białych sukniach u boku swoich nowo poślubionych mężów. Panowie w galowych strojach wypinający dumnie piersi przystrojone w liczne medale i odznaczenia. Chłopcy w granatowych garniturkach i dziewczynki w strojnych białych szatkach, czyli w obowiązkowych strojach do pierwszej komunii. Strażacy, lotnicy, marynarze wszyscy w galowych mundurach z uwieszonymi u ramienia miejscowymi pięknościami. Posterunkowy z żoną. Fotografie dumnych ludzi władzy. Niemowlaki sfotografowane nago w rozkosznych pozach. Przystojni panowie i urodziwe panie. Nie inaczej było i w moim prowincjonalnym mieście. Ale to już czas miniony. Ostatnio zanika bezpowrotnie zainteresowanie usługami fotografa, takiego z własną pracownią. Galeria postaci umieszczonych w gablotkach przed zakładami fotograficznymi jakby się postarzała i jakby wyblakła. Brak nowych obiektów do powieszenia na wystawie, jest tam nad wyraz widoczny.

 

Przypominamy sobie najczęściej o fotografach wtedy, kiedy brakuje nam zdjęć do dokumentów. Ale w tym przypadku trudno mówić o wielkiej sztuce, gdy na potrzebną nam fotkę czekamy, zgodnie z tym, co możemy wyczytać na reklamie przed zakładem fotograficznym, niecałe pięć minut. Wszystko odbywa się tak szybko, że nie ma tu już mowy o artyzmie, czy duchowym przeżyciu u osoby fotografowanej. Tym bardziej, że wszystko to, jak ma wyglądać osoba na zdjęciu do dokumentów, jest ściśle określone w specjalnych rządowych przykazaniach i normach. Nic więc w tym dziwnego, że większość z nas traktuje wizytę u fotografa tak jak odwiedziny u dentysty, – jako niemiłą konieczność. Pozostały nam tylko fotografie ze ślubnych uroczystości, dumnie prezentowane w gablotach przed zakładami fotograficznymi. Tam artystyczna dusza fotografa może jeszcze poszaleć. Tu fotka w bryczce. Tam para młoda na saniach. Tu zaś tłem są rzymskie ruiny z fototapety z fotograficznego atelier. Czyli może nie wszystko stracone, ale zawsze to tylko takie jednostronne zatrzymanie w kadrze naszej rzeczywistości. Bo ślub najczęściej jest jeden raz w życiu. Przynajmniej zgodnie z optymistycznym założeniem naszej katolickiej ponad dziewięćdziesięcioprocentowej większości.

 

I po co zrobiłem ten przydługi wstęp? Ano po to żeby przejść do pochwał dla jednej z gazet wychodzących w moim prowincjonalnym mieście. Poza fotografią reportażową taką, jaką znamy z każdej innej gazety, w tej rozwinął się specyficzny rodzaj zdjęć ilustracyjnych a przy tym pozowanych.  Jak u starych mistrzów małomiasteczkowej fotografii! W każdej innej gazecie zobaczylibyśmy zwykłą fotkę dziury w jezdni. Ale nie tu! Tu na fotografii zobaczyć można mieszkańca miasta z uśmiechem skierowanym do obiektywu, który wyciągniętą ręką wskazuje wielką dziurę w drodze. Niby to samo, ale jak pokazane. To naprawdę specyficzny i unikalny sposób fotografowania wydarzeń z codziennego życia miasta. Wszystko, co widoczne na zdjęciu musi być wskazane przez osobę, której wypowiedź cytowana jest pod fotografią. Widzimy wyrwę w jezdni, ale dopełnieniem jest pani wskazująca palcem właśnie na nią i dla pewności, że właśnie o to chodziło twórcy jeszcze mamy podpis informujący o dziurawych drogach, jako cytat z wypowiedzi pani uwidocznionej na fotce. To całkowicie nowy kierunek w fotografii prasowej, no przynajmniej dla mnie. Taki rodzaj podejścia do fotografii istnieje w tej gazecie od dawna, ale jakoś nikt nie chce przyjąć do wiadomości, że oni pierwsi odkryli, iż warto oprócz problemu, który chce się pokazać, mieć na fotce osobnika wskazującego na problem. Żadnej przypadkowości. Niby na ulicy a jak w pracowni u fotografa.

 

Mnie najbardziej zachwyciła fotografia, a właściwie ciąg fotografii z dzisiejszego wydania mojej lokalnej gazety. Przedstawia ono dziewczęta w strojach kąpielowych, uczestniczki finału kolejnego konkursu piękności.  Dwanaście fotek ustawionych obok siebie w dwu rzędach. Istne laleczki w pudełeczkach. Kto zrobił tym dziewczynom taką krzywdę?  Chyba, że może to też jakoś nowy trend w fotografii. Kiedyś kicz wisiał w witrynie u małomiasteczkowego fotografa. Teraz można go podziwiać w lokalnej prasie. Czyli jest jakiś progres. Z obskurnych witryn w zaułkach ulic na pierwsze strony gazet. W tej gazecie jest też specjalna rubryka, w której znajdują się fotki z rajdu szalonego fotoreportera po klubach tanecznych na mojej prowincji. Tam można podziwiać istną galerię postaci, z lubością wdzięczących się do obiektywu aparatu. Tu dwóch spoconych panów w przyjacielskim i wylewnym uścisku. A na innym zdjęciu trzy piękności z buziami w ciup, zalotnie wpatrują się w obiektyw. Tu znów pan trzyma na rękach innego pana. Tam panienka przesyła czytelnikom słodkiego całuska. Piękne pozy i piękne stroje. Jak za dawnych lat u pana fotografa, w gablotce na wystawie. Tylko teraz jest nowocześniej, bo pan fotograf osobiście z aparatem zaszczyca dyskoteki okoliczne, przez co można się pokazać światu nie tylko w gablotce w jego zakładzie, ale na łamach prasy. Czyli nie umarło ludowe zamiłowanie to kiczowatej fotografii. Tylko teraz przeniosło się do lokalnej prasy. Zmiany, zmiany…. zmiany.