Po prostu nauczycielka
– Postanowiłam się zarejestrować w urzędzie pracy, jako bezrobotna – wyznała mi moja koleżanka, gdy spotkałem ją na ulicy i zagaiłem rozmowę tradycyjnymi dla Polaków słowami: co u Ciebie? Okazało się, że zrezygnowała z zatrudnienia, bo dość miała pracy za minimalną płacę. Postanowiła, że znajdzie zajęcie, które poza płynącym z niego zadowoleniem dałoby jej i finansową satysfakcję. Czyli podjęła walkę z pracodawcami, dla których, jak często się zdarza jesteśmy jedynie zasobem ludzkim. Ale że nic na świecie nie przychodzi łatwo, tak i jej droga do osiągnięcia wymarzonej pracy już na wstępie okazała się niełatwa. Jak każdy bezrobotny z nadzieją udała się do urzędu, który miał jak sądziła pomóc jej w znalezieniu zajęcia na miarę jej możliwości i za rozsądna płacę – Przecież płaciłam przez tyle lat podatki to chyba mam prawo oczekiwać teraz pomocy od urzędników – szukała u mnie zrozumienia i zdecydowanie takie znalazła. Przecież jak przez tyle lat opłacamy z podatków pracowników państwowych, to potem możemy i nawet powinniśmy oczekiwać, że w zamian oni udzielą nam wsparcia jak znajdziemy się w sytuacji, w której tej pomocy sobie zażyczymy.
Ale świat urzędniczych gmachów nie jest tak doskonały i tak dla nas przyjazny jak nam się wydaje, gdy rozpatrujemy tą sprawę ściśle teoretycznie. Rzeczywistość jest inna. Kiedy już moja koleżanka skompletowałam wymagane dokumenty udała się do urzędu pracy celem zarejestrowania się, jako bezrobotna. Jak wiadomo pełnowartościowym bezrobotnym jest się wtedy, gdy się posiada na to odpowiedni urzędowy dokument. Jak już moja znajoma odstała swoje w gigantycznej kolejce z odpowiednim numerkiem, udała się do odpowiedniego stanowiska, gdzie odpowiednia pani urzędniczka odpowiednio ją poinstruowała, że nie ma jednak wszelkich wymaganych dokumentów. To znaczy ma wszelkie oryginały, ale nie ma kopii, a kopie można zrobić na innym piętrze biurowca w płatnej samoobsługowej kserokopiarce. Więc udała się koleżanka do kopiarki i z powrotem do urzędniczki już z kopiami dokumentów wymaganymi przy rejestracji. – Nauczycielka? – spytała starsza referent, czyli pani z okienka. – Tak?! A to źle czy dobrze? – odpowiedziała pytaniem moja koleżanka. – Nie, dlaczego – usłyszała od pani referent – jest nawet dla pani praca. Oblicze mojej znajomej pojaśniało. Co za sprawność! Pierwsza wizyta i już praca! Co za operatywność! – Jest praca nauczycielki przyrody, chce pani? – padła atrakcyjna oferta.
Moja koleżanka jest z wykształcenia nauczycielką plastyki, o czym zaświadczały liczne dokumenty w oryginale i w kopiach leżące przed urzędniczką. Bardzo się więc zdziwiła tą propozycją. Nawet miała wizje pracy w szkole, gdzie z racji zdolności świetnie mogłaby przedstawić graficzne wyobrażenia rożnych bakterii, skorupiaków, myszy, zajączków, wszelkich owadów a nawet kwiatów i drzew. Już sobie wyobrażała jak z masy papierowej wykonują wielką w skali jeden do jednego makietę wieloryba. Ale chyba nie dałaby rady przekazać konkretnej wiedzy uczniom z powodu tego, że jest jednak różnica między nauczycielką przyrody a nauczycielką plastyki. Ale widocznie pani starszej referent nie wydawało się to aż tak odległe. Przecież, jeśli w zakładzie ubezpieczeń społecznych lekarz okulista może, jako orzecznik wydać opinię o chorym z zakresu psychiatrii, to przecież nauczycielka plastyki może śmiało nauczać przyrody. – To, co chce pani? – spytała urzędniczka. – Niestety nie mam odpowiednich kwalifikacji – odpowiedziała koleżanka zgodnie ze swym przekonaniem. – Przecież pani jest nauczycielką – namawiała pani starsza referent. – Ale nauczycielką plastyki – rzecze na to moja koleżanka, ale nadal nie widzi zrozumienia w oczach urzędniczki.
Mój mąż z zawodu jest dyrektorem – mówi w pewnej polskiej komedii aktorka Barbara Rylska do aktora Wojciecha Pokory. Tam też nieważne było, jakim dyrektorem jest rzeczony mąż. Czy jest się dyrektorem w muzeum czy w mieszkalnictwie to przecież nie jest najważniejsze? Jest się przecież dyrektorem zawodowym. Czy inżynier od dróg i mostów wie coś o silnikach lotniczych? Przecież jest inżynierem, więc pewnie spokojnie może odpowiadać za samoloty. – Z zawodu jestem nauczycielką – może śmiało powiedzieć moja koleżanka. Po prostu nauczycielką – nieważne, jakiego przedmiotu nauczam. Przecież nawet urzędnicy tak twierdzą.
