Mała Zuzia terrorystka

Obublikował pavvel dnia

Miałem sen. Śniło mi się dziś nad ranem, że byłem kapitanem tonącego okrętu. Stałem dzielnie na pokładzie mojego statku. Wokół wył i szlochał wiatrem i hukiem fal, rozszalały i straszny ocean. A ja trwałem na posterunku. Niestraszne mi były wichry i burze… Jednak najgorsze było to przerażające i zawodzące jak głosy potępionych w czeluściach piekielnych, wycie syreny okrętowej wzywającej na ratunek i wołającej na trwogę. Był to przeraźliwy jazgot, przerażające zawodzenia, które wwiercało się w mój mózg. Zaciskałem we śnie dłonie na uszach… I obudziłem się we własnym łóżku. Ale skowyt syreny tonącego statku, choć byłem już na jawie, nie we śnie, trwał nadal. I jakby nie ustawał a wręcz przeciwnie nasilał się… Usiadłem na skraju łóżka cały odrętwiały i już po chwili wiedziałem skąd pochodzi ten dźwięk o sile kilkunastu decybeli. To moja sąsiadka Zuzia, dziecię maleńkie. Ledwo trzyletnia dziewczynka o głosie tak przeraźliwym, jako te biblijne trąby jerychońskie. Właśnie ta dziecinka o mince niewiniątka z mamusią swą, udaje się w nieznanym mi bliżej kierunku. I tak, jak co dzień, oznajmia o tym straszliwym widać dla niej fakcie, płaczem tak przeraźliwym, że wydawałoby się niemożliwym w wykonaniu tak małego stworzonka. A że stoi dokładnie pod drzwiami mojego mieszkania, a te znajdują się trzy metry od mojej sypialni, to mam wrażenie, że dziewczę to maleńkie stoi wręcz nad moją głową i płacze wniebogłosy. I ja, jak co ranek od kilku lat, tak i teraz byłem bliski upadku na kolana i błagania Pana naszego w niebiosach o ratunek. Bo to, co stworzył w swej wielkiej mądrości jest tak przerażające, że nawet największego grzesznika nawróciłoby na ścieżki pańskie.

 

Takie małe stworzonko boże. Taka kruszynka. Blond dziewuszka z warkoczykami. Nie większe to niż siedzący pies. Na metr tylko od ziemi odrośnięte. A jak się wydrze pod moimi drzwiami, to jakby ci nad głową przeleciał schodzący do lądowania samolot odrzutowy. Od jej spazmów broń mnie Panie! Zuzia płaczem potwierdza każdą swa czynność. Jak tylko się obudzi to płacze. Jak idzie spać płacze. To niesamowite, że tyle mocy mieści się w tych małych płuckach. Przy zakupie mieszkania kilka lat temu, przedstawiciel developera zapewniał mnie, że mieszkanie jest ciche. Wygłuszone specjalnym materiałem izolującym wszelkie dźwięki z otoczenia. Ale pewnie ani architekt, ani budowniczowie bloku, ani przedstawiciel developera nie przewidzieli Zuzi. Bo jak nikt nie potrafi przewidzieć gniewu oceanu tak nikt nie potrafi przewidzieć, kiedy zapłacze donośnie mała Zuzia. A płacze ona zawsze i wszędzie. Jak tylko otworzy oczy informuje donośnie i przeraźliwie świat o tym, że jest już na chodzie. Jak ma się ubierać to płacze. Jak ma coś zjeść to lamentuje. Jak jest głodna to zawodzi przeraźliwie. Jak wychodzi na spacer i jak wraca ze spaceru. Jak ma wejść po schodach i jak ma zejść ze schodów. Jak chce na rowerek i jak jest na rowerku. Dlaczego tak dokładnie znam rozkład dnia malej Zuzi? Ano, dlatego że jestem jej sąsiadem. A choć ściany w mojej kamienicy są grube, z solidnej cegły zbudowane do nie stanowią dla donośnego głosu małej dziewczynki żadnej zapory.

 

Ja wiem, że dziecko płacze, bo płakać musi. Takie jest odwieczne prawo natury. Taka jest przypadłość małego człowieka. Ale nie może być tak, że płacz jest jedyną formą komunikacji Zuzi ze światem ją otaczającym. Ja może, jako bezdzietny osobnik nie znam się na tym dostatecznie, ale chyba trzyletnie dziecko, które jak słyszę, przyznaję, że rzadko, ale jednak, potrafi coś tam z siebie dość składnie wyartykułować słownie płacze zawsze jak czegoś od świata ją otaczającego oczekuje. Tak z samego zasłyszenia, ( bo jak tu nie słyszeć) wiem, że Zuzia zawsze na wstępie lub w trakcie aktu rozpaczy wyraża swoje życzenie. Czyli zaczyna się tak: – nudzi mi się – krzyczy blondyneczka – i następnie rozpoczyna swój atak spazmów i szlochów o takim natężeniu, że dziwię się, że jej rodzice jeszcze cokolwiek słyszą. A przy okazji ryk i beczenie słyszy chyba cała najbliższa okolica. Trudno opisać słowami to wycie. Myślę, że najbliższe prawdy są tu biblijne trąby jerychońskie. Gdyby Jozue znał Zuzię, zapewne nakazałby siedmiu kapłanom nie tyle zadąć siedem razy w siedem trąb, co po prostu postawiłby pod murami Jerycha tę malutką dziewuszkę. Spowodowałoby to niechybnie, że mury rozpadłyby się w proch i pył.

Razu pewnego, spróbowałem zapytać mamę Zuzi, dlaczegoż jej dziecko tak wiecznie i nieprzerwanie płacze. Na początku kobieta spojrzała na mnie przekrwionymi z niewyspania oczami i już mi miała powiedzieć gdzie leży przyczyna… Ale Zuzi właśnie przestało się podobać to, że stoi już w jednym miejscu ponad piętnaście sekund i po ostrzegawczym: mamo idziemy… Rozpoczęła płacz i lament godny znacznie lepszej sprawy. I nie dowiedziałem się, dlaczego to dziecię tak kwili bez opamiętania. Ale chyba już wiem. Zuzia to mała terrorystka świadoma swojej siły. I jest we władaniu niesamowitej broni masowego rażenia. I dzięki temu może wymusić wszystko. Boże dopomóż…