Czarna kampania
Widziałem w telewizji kandydata na prezydenta mojego kraju. Słyszałem nawet jak przemówił do swoich wyborców. Do tych, co to już, go wybrali na przywódcę narodu i pewnie z tego wyboru nigdy nie zrezygnują i do tych tylko potencjalnych wyborców. Co prawda przemawiał niecałe dwie minuty i to w dwóch odsłonach, ale zawsze to coś. Mogłem go zobaczyć i usłyszeć. A to nie jest takie oczywiste. Wiem, bo mi opowiadali przyjaciele, którzy mieszkają w innych krajach europejskich, że u nich nie jest niczym dziwnym zobaczyć i usłyszeć, co ma do powiedzenia kandydat na ważny urząd państwowy. Jeden z moich znajomych opowiadał, czego słuchałem z niedowierzaniem, że zdarzyło mu się podejść do takiego kandydata na ważną osobistość tego kraju wyspiarskiego, leżącego w Europie i zadać mu osobiście pytanie, na które ten przyszły ważny polityk grzecznie i rzeczowo mu odpowiedział. Moje niedowierzanie wynika nie z faktu, że nie ufałem słowom przyjaciela. Ja po prostu patrząc przez pryzmat polskiego doświadczenia, nie mogłem zrozumieć, że kandydat na polityczne stanowisko tak zwyczajnie może przyjść do domu potencjalnego wyborcy prosząc o głos. Że można polityka spotkać na ulicy, gdy przemawia do przyszłych wyborców. Na ulicy podkreślam, w bliskości z wyborcami, a nie na scenie, z podwyższenia jak pół bożek. U nas jest jeden taki kandydat, którego prawie nie sposób zobaczyć, a jeszcze trudniej usłyszeć, co też on nam obieca w zamian za nasze poparcie. On jest w takim ukryciu, że nawet telewizyjne wiadomości, gdy o nim mówią, to pokazują na ekranie jego zdjęcia archiwalne. I dlatego też, jak to napisałem na początku, jest dla mnie czymś tak wyjątkowym to, że widziałem w telewizji tego kandydata na prezydenta. I dodatkowo mogłem usłyszeć z jego ust kilka zdań.
Jest coś takiego w polityce jak czarna kapania. Teraz w Polsce nabrało to zupełnie nowego znaczenia. Jest u nas sztab wyborczy kandydata na prezydenta, który kolor czarny przyjął za swe barwy polityczne. Wszyscy tam mają czarne garnitury, a kobiety pokazują się tylko ubrane w czarne suknie. Jest też sam kandydat pogrążony w smutku po stracie bliskich. Smutek, który jednak jak widać nie jest tak wielki, aby mu przeszkadzał w kandydowaniu. A moim prywatnym zdaniem nie tyle mu przeszkadza, co pomaga w zdobywaniu głosów wyborców. Ale czy takie epatowanie narodową tragedią, smutkiem i żałobą jest prawdziwie, prawe i sprawiedliwe? Czy ciągłe podkreślanie, że ta właśnie opcja polityczna jest jedynie godna do podniesienia i niesienia dalej sztandaru narodowego po jego upadku w smoleńskiej tragedii, nie jest zawłaszczeniem żałoby całego narodu tylko dla tych wybranych? Tak godnych, którzy sami się takimi mianowali. W kampanii tego kandydata wszystko ma czarne, żałobne barwy. I wszystko jest taką śmiertelną powagą podszyte, że nawet trudno z nimi dyskutować. Bo jak tu dyskutować o polityce, gdy wszystko spowija żałobny kir. Wszyscy na czarno. Wszyscy w żałobie, on sam, kandydat, w żałobie, więc jak mu biedakowi nie pomóc w osiągnięciu celu, jakim jest najwyższy urząd w kraju. – Podpisze pan listę poparcia – zapytał starszy pan podchodząc do mnie na ulicy i podstawiając mi pod oczy kartkę papieru z tabelkami oraz miejscem na mój podpis. – Niech pan podpisze – zachęcała mnie do podarcia tego właśnie kandydata pani stojąca obok starszego mężczyzny jednocześnie wciskając mi w dłoń czarną pocztówkę z podobizną ostatniej pary prezydenckiej. – Niech pan mu pomoże, brat mu zginął – dodała. Jak tu przejść obojętnie. Musiałem odwołać się do najgłębszych pokładów asertywności, aby grzecznie temu panu i tej pani odmówić mojego podpisu. Ile z tych półtora miliona zgromadzonych w krajowej komisji wyborczej podpisów poparcia złożonych zostało na tych listach właśnie z takich powodów? Powodów, że tak powiem, poza politycznych.
Polska jest najważniejsza. Zgadzam się z tym hasłem wyborczym. Jest najważniejsza… i jeszcze nie zginęła. Nie chcę takiej kampanii prezydenckiej, w której najważniejszym kryterium wyboru przyszłego prezydenta mojego kraju będzie to, kto najbardziej przeżywa narodową tragedię. Z całym szacunkiem dla tych, co odeszli tu chodzi o przyszłość, a nie o przeszłość. Tak, powinniśmy pamiętać, ale nie możemy żyć przeszłością. Politykę robi się dla żywych a nie dla umarłych. Jak by to nie brzmiało okrutnie, to tak właśnie jest. Aby kogoś wybrać na prezydenta muszę go poznać. Muszę przede wszystkim znać jego poglądy. Muszę znać jego program wyborczy. Chciałbym go spotkać. Zapytać go o sprawy dla mnie ważne. Nie mogę słyszeć wciąż od przedstawicieli jego sztabu słów wypowiadanych z grobową miną o tym, że ich kandydat uczestniczy w kampanii na tyle, na ile pozwala mu sytuacja osobista. Że jest aktywny w kampanii wyborczej na tyle, na ile pozwala mu śmierć jego brata i choroba bliskiej mu osoby. Bo ja zaczynam go tak po prostu żałować, tak normalnie jak człowiek człowieka i nie chcę, aby to było jedyne kryterium moich politycznych wyborów. A jak zauważyłem dla wielu właśnie tak jest. Nie chcę już słyszeć, że jak na osobę po takich przejściach jest ten kandydat dzielny. Bardziej chcę wiedzieć, usłyszeć, jakim chce być prezydentem. Może czas najwyższy porozmawiać o przyszłości Polski. O polityce. O nas, o naszych przyziemnych bytowych problemach. O naszym państwie. O obywatelach i o naszym przyszłym w tym państwie życiu.
