Elektroniczny, zminiaturyzowany pech

Obublikował pavvel dnia

Dopadł mnie pech.  Tak mi się przynajmniej wydaje. Dobrze, nie wydawało mi się to. Faktycznie bezsprzecznie i nieodwołalnie był czy raczej jest to mój wielki, ogromny pech. Moje przekleństwo. Bo przecież to, że w jednej sekundzie straciłem to, co zbierałem przez kilka miesięcy pracy, jest niewątpliwie wielkim moim osobistym pechem. Bo przecież jak straciłem z niewiadomych dla mnie przyczyn prace ostatniego półrocza, to mam prawo nazwać to wydarzenie jakimś fatum. Dla innych to nie znaczyłoby tak wiele. Ale dla mnie to coś bardzo ważnego. Coś, co doprowadziło mnie do prawdziwej i szczerej rozpaczy. Co się stało? Ano padł mi i wyzionął ducha mój prywatno – służbowy pen drajw. Prywatna elektroniczna pamięć przenośna – bo należał do mnie. A służbowa, bo wykorzystywałem ją w pracy. To maluteńkie urządzenie techniczne było moja dodatkową pamięcią i przenośnym podręcznym archiwum. I teraz on, ten mój przyjaciel wspierający mnie swą wielka gigabajtową pojemną pamięcią, nie daje żadnych znaków życia.  Ja wiem, że to tylko kawałek elektronicznego złomu w dość ładnym opakowaniu, ale jego stratę odczułem boleśniej niż sądziłem. Jeszcze w pracy, gdy go wypinałem z komputera było żywy i aktywny. Podzielił się ze mną ważnymi plikami. Ale w domu, gdy chciałem go pobudzić do życia wsuwając go w port laptopa…. mój przyjaciel nie dawał znaków życia. Odszedł tak mój pen drajw bez ostrzeżenia. Zabierając w niebyt to, co w nim zgromadziłem przez ostatnie kilka miesięcy.

 

Zdecydowanie część mojego pecha związanego z tym wydarzeniem to moja głupota. Przecież od zawsze wiem, że trzeba robić kopie zapasowe. Wszyscy mi powtarzali żeby nie trzymać w jednym miejscu plików, które są ważne. Ale ja odkładałem zrobienie kopii. Zawsze miałem jakiś ważny powód żeby tego nie zrobić. I teraz mam za swoje. To moja wina, choć wolę myśleć, że to nie ja jestem temu winny tylko jakieś nadprzyrodzone zjawisko zwane pechem. Tym bardziej, że wszystko temu sprzyja. Wiadomo dziś trzynasty. Więc można wszystko, odpowiedzialność za własną głupotę na przykład, przypisać fatalistycznej dacie w kalendarzu. Tym bardziej, że dokładnie w chwili, gdy pisałem te słowa dostałem esemesa od mojego kolegi.  To, co tam napisał udowadniało, że trzynastka w dacie z przypisanym jej fatum nie odnosi się jakoś specjalnie do naszej ojczyzny. Że niefart nie jest przynależny szerokości i długości geograficznej. Że nawet to, że ktoś mieszka od kilku lat poza granicami naszego targanego ciągłym zbiorowym pechem kraju, nie uchroni go od tego okolicznościowego nieszczęścia.  Nie przyniosły mi słowa mojego kolegi zza granicy ulgi, ale poczułem się z nim połączony we wspólnym bólu i rozpaczy. Napisał do mnie mój przyjaciel:…Oczywiście, jak to trzynastego… Spieprzył mi się modem w laptopie, a w mojej nowej Nokii jest „ system error”. I jak tu nie wierzyć w zezowate szczęście, które dopada nas, jego i mnie właśnie tego dnia.

 

Najgorzej jest, gdy zły los dopadnie nas wtedy, gdy ma to związek z elektroniką. Ona jest tak powszechna i tak bardzo jesteśmy od niej uzależnieni, że strata komputera, modemu, drukarki, pen drajwa, czy telefonu komórkowego, może nas doprowadzić do prawdziwej rozpaczy. Tym bardziej, że w przypadku takich awarii sprawa jest raczej nagła i strata jest prawie zawsze ostateczna. Nie da się przekonać padniętej elektroniki do dalszego działania, gdy ona na wszystko ma jedną odpowiedź: „system error”. I nie ma z takim pen drajwem żadnej dyskusji. Komputer go nie widzi, choć od dawna tkwi w porcie. Jest, a tak jakby go tam nie było. I prawie zawsze sprawa jest ostateczna. No chyba, że mam do wydania pięć tysięcy na fachowca, który te dane dla mnie odzyska. No dobrze, są one ważne, ale nie wyceniłbym ich na pięć tysięcy.  Więc okazało się, że w przypadku elektroniki mój pech jest jak najbardziej nieodwracalny. Że jak coś już mi pada i to tracę to na zawsze i nie odwołalnie. Jakby to określił Franc Mauer: a kto umarł ten nie żyje. I właśnie ta ostateczność powiązana z takim fatum jest najbardziej denerwująca. Nie przedstawisz takiemu racjonalnych argumentów, nie przekonasz go. Jak już okaże się, że coś nie działa to nie działa. Tak przynajmniej było w przypadku mojego pen drajwa. Wszystko, co wydarzyło się dziś u mnie jest jak najbardziej zgodnie z zasadami prawa Murphiego:, jeśli coś ma się nie udać to na pewno się nie uda. A już na pewno trzynastego.