Bank biurokracji
Zawsze narzekam i pewnie będę narzekać jeszcze przez wiele lat na to, że w urzędach jest biurokracja. Przerost formalistyki nad treścią pracy będzie tam zawsze, bo przecież gdzieś te tysiące ludzi, którzy wybrali dla siebie karierę urzędniczą i żyją z dobroci państwa musi zarabiać na swoje utrzymanie. A jeśli kolega pracuje w urzędzie, i ciocia pracuje w urzędzie, i wujek jest tam dyrektorem to, dlaczego i ja nie miałbym pracować dla dobra ogółu społeczeństwa, na państwowej lub samorządowej posadzie. Pewnie wielu tak myśli i pewnie nadal biurokracja będzie się rozwijać w najlepsze. Urzędnicy w obronie swoich miejsc pracy stworzyli tyle przepisów, że sami już się w nich pogubili. Ale i tak tylko oni mogą uważać się za przewodników w tym lesie kodeksów, zakazów i nakazów. Ja rozumiem, jest państwo, więc biurokracja jest do niego przypisana jak pies do swej budy. Taki podstawowy elementem istnienia państwowości. I już mnie to przestało dziwić, choć nie przestało denerwować, że w prostej wydawałoby się sprawie decyzje podejmuje prawdziwa armia urzędników i trwa to miesiące. Widocznie tak już musi być. Ale nie przestaje mnie zadziwiać, że istnieją instytucje, które mienią się awangardą kapitalizmu a jednocześnie ich biurokracja jest rodem z najlepszych czasów urzędniczego rozpasania. Instytucja współczesna, a aparat administracyjny jak z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.
Jest taki bank, który musi używać skrótowej nazwy, bo jest ona tak rozbudowana i długa, że pewnie nawet pracownicy nie bardzo pamiętają z ilu członów się składa. Bank jak bank. Nie wiem jak on się zachowuje, jeśli chodzi o obsługę klienta detalicznego. Nie wiem i już nie chcę wiedzieć. Los zetknął mnie z tą instytucją w sensie służbowych relacji. Miałem do nich prostą wydawało mi się sprawę. Nawet, jeśli mi się to tylko wydawało to i tak była ona na tyle mało skomplikowana, że wydawało mi się, że zgodę na współpracę lub na jej brak usłyszę, że tak powiem z marszu. Ale nie było to takie proste. Oj nie. Na początku umówiłem się z pracownikiem, który mnie wysłuchał i odesłał do następnego pracownika. Ten poprosił o przesłanie mailem tego, co tam chciałem od banku i po kilkunastu telefonach otrzymałem od niego informację, że… On nie jest władny podjęcia decyzji i muszę się spotkać z jego przełożonym. Spotkałem się w przyjemnej atmosferze i dowiedziałem się ze muszę poczekać na odpowiedź przez tydzień. Po dwóch tygodniach ten urzędnik bankowy odesłał mnie do kolejnego dyrektora, któremu przedstawiłem to, co tam do banku miałem. Po trzech tygodniach miałem spotkanie z kilkoma dyrektorami oraz z pewnym kierownikiem od ważnych spraw i znów kazali mi czekać. Potem jeszcze odbyłem serię spotkań z każdym z tych dyrektorów oddzielnie. Ale żaden nie mógł podjąć wiążącej decyzji. Byli żywo zainteresowani, ale czekali na decyzję rewizora z centrali. Gdy przyjechał i wysłuchał mojej opowieści wierzyłem, że koniec mojej bankowej odysei jest już bliski. Bo przecież ci wszyscy, z którymi się spotykałem do tej pory uważali, że ten urzędnik z centrali banku jest najważniejszy i tylko on ma moc decyzji. I żyłem w tym przekonaniu do dziś. Bo rano dostałem maila od rewizora, który informował mnie, że muszę uzbroić się w cierpliwość.
Bo okazało się, że choć rewizor w tym banku jest ważny, ważniejszy od prowincjonalnych dyrektorów i kierowników, to nie jest on na tyle ważny żeby wydać jednoznaczną i wiążącą decyzję w mojej sprawie. Potrzebna była opinia jeszcze jednego działu. Potrzebne jest jeszcze kolejne konsylium nad moją sprawą w dziale marketingu w centrali banku. I po tej opinii ważnego gremium bankowych decydentów i jeszcze po pewnym jeszcze kolejnym spotkaniu Pan z centrali wyda możliwie jak najszybciej tę dla mnie upragnioną decyzję. Ale czy to na pewno się stanie? Tego nie wie nikt. Ale nie tracę nadziei, że tak właśnie będzie. Właśnie spojrzałem na mój klaser na wizytówki. Kilka pierwszych stron zajmują same tylko wizytówki ludzi z banku, z którymi się spotkałem. A ileż tam funkcji. Dyrektorzy departamentów, kierownicy, menadżerowie, piony kontaktów, specjaliści…Ileż nazw i ileż to ludzi. A jedna tylko sprawa. Jak to jest, że instytucja finansowa zatrudnia tyle osób na kierowniczych zdawałoby się stanowiskach, a żadna z nich nie potrafi wydać decyzji? Ja już nie dziwię się, że są tam takie wielkie odsetki od kredytów, gdy trzeba tylu ludzi utrzymać. Wielu ludzi, żadnych decyzji- to jest prawdziwa biurokracja!
