Jak Hiob?
Powódź. Właściwie nie ma dnia żebym nie oglądał na ekranie mojego telewizora informacji o tej wielkiej tragedii. Nie słyszał strasznych opowieści znajomych na temat tego nieszczęścia. Nawet jakbym nie chciał tego wiedzieć, to nie żyję przecież w pustce, więc nie mogę nie zauważyć tego, że w Polsce jest wielka woda. A w niej, w tej wodzie, tysiące ludzi z nią się zmagających. Doświadczam tego tylko poprzez empatię z tymi, których dotknęły fizycznie skutki tego kataklizmu. Mieszkam tam gdzie nie ma wielkiej rzeki. Nie ma u mnie zagrożenia, ale zagrożenie jednak odczuwam. Wiem, że jak inni cierpią to ja nie mogę być obojętny na to cierpienie. Jednak potrafię sobie wytłumaczyć, że natura jest nieprzewidywalna. Że można tylko starać się załagodzić skutki tego, co ona w swoim szale zniszczyła. Przyjmuję z pokorą to, że pada wielki deszcz. Że wybuchają wulkany. Że obsuwa się ziemia. Że wylewają rzeki. Wiem, że tak było przez wieki, nim pojawiłem się na tym świecie i tak też będzie jak mnie już na nim nie będzie. Wiem, że jestem tylko małą cząstką tej planety. I przy tym mało ważną częścią. Przyjmuję to z pokorą. Ale przecież nie żyję jak już wspominałem na początku w pustce, w próżni. Odczuwam i słyszę to, co mówią inni. A że jest u nas dziewięćdziesiąt osiem procent katolików to znaczy tych, co się za takich uważają to nie jest trudno wpaść na ludzi, którzy w swej wierze w swojego Boga szukają odpowiedzi, dlaczego tak nas doświadczają nieszczęścia.
Wczoraj słyszałem rozmowę dwóch pań odświętnie ubranych z gałązkami brzozy w rękach. Wczoraj był czwartek, a tego dnia – jak mawia mój przyjaciel – tradycyjnie i całkowicie wyjątkowo zarazem, przypada wielkie katolickie święto. Więc zapewne te dwie panie rozprawiające głośno na ulicy nie były przypadkowo tam, gdzie mogłem je usłyszeć, lecz z nakazu ich wiary. – Zobacz pani, jakie nieszczęście nas spotkało z tą powodzą – rzekła jedna. – Ano tak, wielkie nieszczęście. Tyle domów zalanych, tyle zwierząt się potopiło…Oj, wielkie nieszczęście – potwierdziła druga. – I jak pani myśli, dlaczego tak jest? – Zapytała ta pierwsza. – Nie wiem – odpowiedziała druga.- Może Bóg chce nam coś przez to powiedzieć. Coś przekazać – dodała po chwili. I tyle tylko usłyszałem. I nie mogę zapomnieć tych prostych pytań o przyczynę. Ciągle o tym myślę i ciągle analizuję. Czy Bóg tych dziewięćdziesięciu ośmiu procent polskich katolików przez takie ich doświadczanie stara im się coś przekazać? Mnie człowiekowi małej wiary nie jest dane tego zrozumieć. Ale chętnie bym się dowiedział, co też takiego chce nam ten miłosierny pan wszelkiego stworzenia przekazać. Ja jestem niegodny i pewnie nieprzygotowany. Ale przecież mamy tylu księży, tylu kapłanów, tylu kardynałów i biskupów. Może oni z racji bliskości z bóstwem coś mieliby do powiedzenia w tej sprawie? Wczoraj z okazji święta wsłuchiwałem się w głos kleru. Czekałem na wskazówkę. Na potwierdzenie przynajmniej, że niezbadane są ścieżki Pana. I nic nie usłyszałem oprócz tradycyjnego apelu o jedność w obliczu tragedii. A spodziewałem się jakichś wskazówek. Jakiegoś wytłumaczenia. Ale nic takiego nie było. Więcej było słów o przyszłych wyborach prezydenckich niż o tym, dlaczego Bóg zsyła na nas powódź. A przecież ludzie wierzący powinni sobie zadawać takie pytanie? Czyż nie? A może tylko tak mi się wydaje?
Pamiętam z lektury pewnej księgi, że jest coś takiego jak cierpienie hiobowe. Takie cierpienie niezawinione. Do którego osoby pokrzywdzone się nie przyczyniły bezpośrednio, nie zawiniły niczym, a mimo to zostały dotkliwie doświadczone. Czy tak właśnie nie jest w tym przypadku? Czy to jakiś zamysł? Jeśli nic nie dzieje się bez przyczyny, to może warto żeby kler wytłumaczył ludowi i przy okazji mojej skromnej osobie przyczyny Bożego gniewu? Czy może tak jak w przypadku Hioba jesteśmy wystawiani na próbę? Ja nie wiem, nie mam prawa wiedzieć, jako ktoś, kto dopiero szuka a nie święcie wierzy. Ale ta pani pytająca swoją znajomą – jaka jest przyczyna cierpienia – powinna znaleźć odpowiedź u duchowych przewodników. A mam takie wrażenie, że oni milczą. Może ja, tej odpowiedzi, szukam w niewłaściwym miejscu? Zapytałem, więc znajomych, który przyznają się do głębokiej wiary. Ale i oni nie znaleźli odpowiedzi na moje pytania. Tam w świątyniach, które odwiedzają, też nie ma odpowiedzi. Więc gdzie? Dlaczego mam wrażenie, i nie tylko ja, że ci, co prowadzą duchowo ten naród w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach katolicki, nie tłumaczą przyczyny takiego stanu rzeczy. Bo jeśli od niego wszystko zależy to, dlaczego nas tak doświadcza – pytam wraz innymi- i chętnie usłyszałbym odpowiedź od tych, co to z racji zawodu lub powołania są jakby bliżej Niego.
