Najprzyjemniejszy koncert świata
Właściwie nie pamiętam od kiedy czytam w gazetach i słyszę w rozmowach na ulicy, że w moim mieście nic się nie dzieje w kulturze. Że jest nuda na scenie muzycznej. Że marazm. Że nikt do nas nie przyjedzie z koncertem. Że omijają naszą prowincję wszelkie gwiazdy muzyczne. Nic się nie dzieje w tym mieście… Jak w filmie polskim – parafrazując znany dialog – proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak, proszę pana… (…). W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje, to prawda. Bo naszym – miasta – przekleństwem jest to, że leży ono za blisko i że za daleko o naszej stolicy. Ale jak już coś się wydarzy w kulturze to i tak nikt nie ma ochoty tego zobaczyć. Bo narzekają wszyscy. Na większości imprez pojawiają się ci sami ludzie. Ale za to wszyscy, tłumnie, jak przystało na ponad dwustutysięczne miasto, chóralnie przyznają, że nic się tu nie dzieje. Taki fenomen. Słyszę, że nie ma na co iść, a jak już ktoś godny posłuchania zaszczyci nas swą obecnością to i tak nikt go nie chce oglądać. Może to przez te ceny biletów? Bo przecież kilkadziesiąt złotych to dużo. Może to przez organizatorów koncertów, którzy raczej z tego, co wynika z moich rozmów z muzykami nie są profesjonalistami. Albo właściwie są profesjonalistami w zarabianiu pieniędzy tylko dla siebie. Jak to mawia mój przyjaciel:, jakie miasto takie koncerty. I chodzi mi tu o frekwencję.
A ja byłem na koncercie, bo choć mi się nie chciało, z wrodzonego lenistwa, to postanowiłem jednak się wybrać, aby sobie i innym udowodnić, że jednak coś się dzieje ciekawego w moim mieście. Że jeśli ktoś już wybrał się do nas z koncertowa wizytą, to warto się udać na jego występ a nie tylko wiecznie narzekać. A było to dla mnie szczególne wydarzenie muzyczne, jakie nie zdarza się codziennie. Nie dość, że miałem okazję zobaczyć doskonałych muzyków to jeszcze mogłem rozkoszować się tym, że byłem na bardzo, ale to bardzo kameralnym koncercie. Ale czy to źle? Nie, to dobrze, bo w takiej atmosferze nie bawiłem się dawno. Nie żałowałem, że pokonałem lenistwo. Choć jak zawsze nie chciało mi się wyjść z domu. Iść taki kawał do klubu. I jeszcze te drogie bilety! Wszystko wskazywało, że się nie wybiorę na ten koncert. Lecz z drugiej strony przecież nie widziałem ich na żywo już kilka lat. Może coś nowego usłyszę? Dobrze by też było zobaczyć muzyków, których znam, no może nie tak osobiście na stopie przyjacielskiej, ale poznałem przed laty. Zespół, który miał dać koncert w moim prowincjonalnym mieście jest jednym z moich ulubionych na polskiej scenie muzycznej, więc miałem ambiwalentne uczucia. Walczyło we mnie wielkie lenistwo z wielkim pragnieniem usłyszenia tego, co znam od lat i co lubię od lat. Posłuchania muzyki w dobrym wykonaniu. Ale znów ta droga do klubu – marudziło moje lenistwo. Te kilkadziesiąt złotych za bilet. Byłem w połowie drogi między wybraniem się na koncert a tym żeby zostać w domu. Tak myślałem do czasu, aż postanowiłem wygrać ten bilet w konkursie lokalnej gazety. Wizja tego, że coś mam za darmo miała mnie dodatkowo zmotywować do działania. Do wybrania się na koncert. I jak wygrałem bilet w konkursie, to już nie miałem żadnej wymówki, aby się nie udać do klubu. Tym bardziej, że kolega zaproponował, że pojedziemy razem jego samochodem, co nie ukrywam, było dodatkowym elementem stymulującym mnie do wyjścia z domu.
Przyjechaliśmy pod klub punktualnie o godzinie, w której miał się koncert zaczynać. Choć obydwaj wiedzieliśmy dobrze, że nikt nigdy nie zaczyna koncertu o tej godzinie, która widnieje na plakatach. Ale przecież z kolega nie widzieliśmy się kilka miesięcy i te minuty czy nawet godziny oczekiwania na początek postanowiliśmy spożytkować na obgadanie zaległych spraw. Pierwszą niespodzianką było to, że na parkingu było tylko kilka aut a przed wejściem nikogo. To znaczy był tam przedstawiciel zespołu oraz jego lider. Z wielkim zaskoczeniem dowiedzieliśmy się od nich, że koncert jest właściwie niesprzedany. Że miał być odwołany. Bilety się nie rozeszły. A organizator okazał się, że zacytuje: kosmitą. Nie zdziwiłem się. U mnie na prowincji nie raz już słyszałem o tym, że sprzedało się kilka biletów, więc koncertu nie będzie. Ale nie tym razem. Na moje szczęście chłopaki postanowili jednak zagrać. Choć jak widać było po nas, zarobić na tym raczej nie zarobili. Bo ja z biletem wygranym w konkursie, a kolega kupił bilet po cenach przedsprzedażowych. To miłe – pomyślałem – że zespół, który co by nie mówić dużo znaczy dla polskiej scenie rockowej chce zagrać nawet dla nas dwóch. I to z radością. I jeszcze miło zaprasza. Jak za dawnych czasów. Po godzince zaczęli grać i to, co usłyszałem było warte wiele i choć było nas pod sceną zaledwie kilka osób to przeżyłem niezapomniane chwile.
I teraz wiem, że źle zrobiłem. Bo powinienem jednak kupić ten bilet. Choć cieszyłem się, że wygrałem, i najważniejsze, nie przeszkadzało to zespołowi, który życzył mi przyjemnej zabawy. Ale męczyło mnie to, że oni tak za darmo dla mnie grają. Postanowiłem nawet, że nabędę ich płytę. Tak w ramach rekompensaty. Choć w zasadzie mam już jedną. Tę drugą dam komuś ze znajomych w ramach promocji zespołu, któremu chciało się przyjechać kilkaset kilometrów i zagrać dla mnie i kilku moich znajomych. I mam też wątpliwość czy to dobrze, że tak mało było widzów? Tak, to źle dla zespołu. Ale czy chciałbym przeżyć jeszcze raz to uczucie, że jestem na koncercie, który odbywa się prawie tylko dla mnie. Zdecydowanie tak.
