3 000 000 000 000

Obublikował pavvel dnia

Po drodze z parkingu, gdzie zostawiam samochód, do biura mijam niewielki zadrzewiony placyk. To taka namiastka parku, którą miejscy urzędnicy szumnie nazywają skwerem. Kiedyś ta zieleń otaczała plac, na którym stał wielki pomnik wyzwolicieli naszej ojczyzny. Ale ponad dwadzieścia lat temu okazało się, że ci, którzy wyzwalali moją ojczyznę, tak naprawdę ją okupowali, więc pomnik został zburzony. Został po nim plac, który ostatnio z woli ludu został zamieniony na parking. Na skwerku pod drzewami stoją ławeczki. Na jednej z tych ławeczek przesiaduje prawie, co rano mój kolega, który tak skutecznie przeciwstawia się babilońskiemu systemowi, że wszystko, co zarobi przeznacza na przelew. Ja nie byłem aż tak odważny. Więc on siedzi na ławce, a ja idę do pracy. Taki podział obowiązków w społeczeństwie. Nie jest jak ja wiecznym niewolnikiem pieniędzy. Nie musi, co dnia stawiać się o ósmej w biurze. Choć czy ma lepiej? Jego pytanie, które następuje zaraz po naszym zwyczajowym powitaniu uświadamia mi, że może i jestem niewolnikiem, ale za to stać mnie na środki poprawiające, jakość życia. – Masz może kilka złotych pożyczyć – słyszę przy prawie każdym spotkaniu. A ja wiecznie odpowiadam tak samo, że nie mam pożyczyć… Ale chętnie dam mu kilka złotówek. Bo i ja, i on wiemy, że to jest taka moja dobrowolna danina za stracone ideały wolności. Za to, w co wierzę, ale nie mogę realizować z powodów tchórzliwego wygodnictwa. Bo choć czuję się niewolnikiem pieniędzy, to dają mi one przynajmniej iluzję szczęścia. Nie mogę żyć bez komputera, prądu, wody, jedzenia, domu, książek, samochodu, ubrań. A on może i jak widać żyje. Jest odważny. Ale pewnie jak i ja nie do końca szczęśliwy.

 

I daję te kilka złotych pozwalające na chemiczne oderwanie się od jego trosk. On jest niewolnikiem idei, która zakazuje mu kontaktu z systemem wyzysku, a ja jestem niewolnikiem spętanym rachunkami. Ale obaj pragnęliśmy innego świata. Więc nadal dzielimy się tym, co mamy. – Dziękuje – powiedział i schował do kieszeni pieniądze. – I dziękuje, że nie dopisujesz mi tego do długów państwowych, bo by mnie to załamało.  Wyciągnął z torby gazetę zajmującą się biznesem, rozłożył jej papierową płachtę z gracją godną prezesa korporacji, i przeczytał mi informację, że oficjalnie zadłużenie skarbu państwa wynosiło w kwietniu ponad sześćset czterdzieści cztery miliardy złotych, co daje około siedemnastu tysięcy złotych na przeciętnego Polaka. – Jak się czujesz tak zadłużony? – Zapytał. Czułem się całkiem zwyczajnie. Przecież prawie wszystko, co mam w domu jest lub było na kredyt. Czyli zjawisko zadłużenia jest mi dobrze znane. Ale w tym przypadku poczułem pewien dyskomfort, bo przecież jakoś tak nie zauważyłem żebym wydał te siedemnaście tysięcy. Nawet jakbym to przepił, to za tę górę pieniędzy byłoby tyle alkoholu, że pewnie miałbym tak wielkiego kacorka, że bym to na długo zapamiętał. – Zobacz jak to jest. Płacisz coraz większe podatki, a jednocześnie coraz bardziej się zadłużasz – zauważył mój kolega. – Prawdziwy paradoks.

 

Usiadłem z wrażenia na ławce obok kolegi. Delikatnie wyjąłem mu z rąk gazetę i przeczytałem, że pewien ważny urzędnik z banku uważa nawet, że to ponad sześćset czterdzieści cztery miliardy złotych, to bardzo optymistyczna wersja naszego narodowego zadłużenia. Okazuje się, że trzy biliony złotych są bardziej realnym scenariuszem naszego długu. No robi to wrażenie.  Trójka z przodu, a potem dwanaście zer, czyli 3 000 000 000 000 złotych. Dżizusie Nazareńczyku, Królu Żydowski. No tak to dopiero pieniądze. Chociaż ja szarak, nie za bardzo mogę sobie takiej kasy wyobrazić. Jeśli to zadłużenie to pewnie na coś to wydano. No to pewnie nasze państwo wydało to na mnie czy na mojego kolegę, przynajmniej w przypadającej mi statystycznie części. Więc dlaczego ja tego w żaden choćby najmniejszy sposób nie zauważyłem. – Kiedyś mojemu kumplowi ukradli dowód osobisty i na jego konto złodzieje nabrali pożyczek w bankach – rzekł mój kolega. – A ty masz przy sobie dowód? Może i tobie zabrali? – dodał z uśmiechem. – Sprawdziłem. Miałem przy sobie dowód osobisty, a w głowie świadomość zadłużenia.  – Wiesz, masz pożyczę ci jeszcze dychę. Jak widać nie ma to już znaczenia – powiedziałem wstając z ławki. Bo przecież trzeba do pracy. Ci, co mają długi, muszą pracować żeby je spłacić.