Nic w zamian

Obublikował pavvel dnia

Jeśli by ktoś, jakiś pojedynczy człowiek, zdecydowanie silniejszy od nas, przemocą lub perswazją przymusił kogoś z nas do opłacania mu codziennej daniny za ochronę, to pewnie nie bylibyśmy z tego faktu zadowoleni. Nawet jeśli ten ktoś zapewniałby nam minimalne bezpieczeństwo. Nawet jak stałby się on gwarantem, że żaden inny bandyta nie połaszczy się na nasze dobro, oprócz tego naszego obrońcy oczywiście, to i tak zapewne czulibyśmy się niezbyt komfortowo w takiej sytuacji. Jeśli pojedynczy człowiek, lub kilku z nich działających dla wspólnych korzyści, przymusza nas do czegoś czego nie chcemy, to potrafimy to łatwo nazwać i się temu stanowczo sprzeciwić. Ale nawet w takich przypadkach jeśli już płacilibyśmy za ochronę, to zapewne oczekiwalibyśmy czegoś w zamian. W myśl zasady – płacisz wymagasz. To ogromne uproszczenie, ale chciałem pokazać sam mechanizm takiej zależności. To tylko prosty przykład. Sprawy komplikują się, gdy tych przymuszanych do daniny są miliony, a tych co proponują ochronę jest znacznie mniej – ale za to są zupełnie bezkarni. Bo nie tyle chroni ich to, że mają wystarczające środki przymusu do stłumienia ewentualnego buntu, ale bardziej czyni ich bezkarnymi to, że mają propagandę wmawiającą tym, na których żerują, że wszystko to co czynią, robią dla dobra wyzyskiwanych.

Nawet dziecko wie że podatki trzeba bezwzględnie płacić. Specjalnie piszę o najmłodszych, bo już od małego wmawia się nam, że są dwie rzeczy pewne: śmierć i podatki. Mało kto jednak zauważa, że czasami to drugie może prowadzić do pierwszego. Podatek to przymusowe, bezzwrotne, nieodpłatne i powszechne, obejmujące wszystkich obywateli świadczenie pieniężne, które pobierane jest przez państwo poprzez różne jego organy i urzędy. Są one tak liczne, że większość z tego, co pobiera od nas nasze ukochane państwo idzie na samo utrzymanie systemu pobierania podatków, ich dysponowania, kontrolowania, analizowania. Ile z tego przejada państwo jako struktura, a ile z tego, co wszyscy płacimy, wraca do nas w postaci świadczeń społecznych, finansowania dóbr i usług publicznych oraz dotacji do nierentownych? Teoretycznie pieniądze z podatków trafiają do skarbu państwa aby potem mogły być zainwestowane w rozwój infrastruktury, wojska, policji, kultury, oświaty, służby zdrowia. Teoretycznie. Ale jeśli wczoraj dowiedziałem się, że mam czekać ponad miesiąc na wizytę u lekarza specjalisty, to mam prawo zapytać po co płacę podatki na opiekę zdrowotną? Jeśli mój znajomy rozwalił sobie skrzynię biegów w samochodzie na dziurawej jak sito szosie, to chyba ma prawo zapytać na co przeznaczone są podatki jeśli nie na drogi? Pytania można mnożyć. Ale są to pytania bez odpowiedzi. Bo już samo pytanie jest ponoć nieodpowiedzialne. – Państwo jest biedne i wszyscy musimy się przyzwyczaić do tego, że w niektórych dziedzinach życia społecznego nadal będzie źle a nawet jeszcze gorzej – usłyszałem kiedyś od pewnego polityka. On sam jakoś nie wyglądał na takiego, co to mu się źle w życiu dzieje. Ale dla mnie, dla poddanego, który spytał dlaczego reforma służby zdrowia trwa nieprzerwanie już dwadzieścia lat miał, dobra radę. Radził mi zaczekać na poprawę sytuacji w lecznictwie i płacić sumiennie podatki.

Teraz słyszę, że mam się przyzwyczaić do myśli, że od dwa tysiące dwunastego roku VAT wzrośnie o jeden punkt procentowy. Na tym nie koniec. W górę może pójść podatek dochodowy, czyli PIT. To ten sam podatek, który co miesiąc jest nam odejmowany od pensji. Czyli mogę się spodziewać, że jak płacę więcej to i więcej dostanę w zamian. Tak pewnie byłoby w sytuacji teoretycznej. W polskich realiach dostanę to co zwykle – czyli nic. O nie, przepraszam! Dostanę informację o tym, że nadszedł nowy kryzys i że na szczęśliwe czasy dobrobytu muszę poczekać jeszcze jakieś dwadzieścia lat. To naprawdę niesamowite, że jak płacę za małe podatki lub staram się ich unikać, to jestem złym obywatelem. A jak je płacę uczciwie i coraz więcej i tylko chciałby dowiedzieć się dlaczego tak mało dostaję w zamian, to też jestem zły, bo przecież zamiast siedzieć cicho, pytam o to gdzie jest to, co mi się należy. Idealnie byłoby gdybym płacił dużo, nie chorował, do pracy przychodził piechotą bo samochody niszczą drogi, pracował po dwadzieścia godzin dziennie i z pensji odprowadzał dziewięćdziesiąt procent na podatki. Dobrze byłoby żebym tyrał do siedemdziesiątki. Potem powinienem się zachować przyzwoicie i umrzeć przed emeryturą ,aby nie narażać ukochanego państwa na straty spowodowane wypłacaniem mi świadczeń. Wtedy byłbym dobrym i odpowiedzialnym obywatelem mojego państwa.