A ja sobie wybuduję…

Obublikował pavvel dnia

Przez przypadek, w czasie rytualnego skakania po kanałach telewizyjnych, natrafiłem na brytyjski program o budowaniu i przebudowywaniu domów. Było to kilka tygodni temu i od tego czasu z wielkim zaciekawieniem oglądam jak przeciętni i mniej przeciętni Brytyjczycy budują swoje domostwa. Prawie każdy z tych programów zaczyna się od narzekania inwestorów – którym wtóruje prowadzący – na temat straszliwie uciążliwych przepisów dotyczących wyglądu domu. To znaczy tego, aby nowo wybudowany budynek swym stylem harmonizował z tym, co już od lat stoi w tej dzielnicy. Planiści, – bo tak ich tam się nazywa w tym programie telewizyjnym – bardzo dokładnie sprawdzają czy charakter zabudowy dzielnicy zgadza się z tym, co my chcemy ewentualnie wybudować. Wszystko ma być dopasowane do okolicy w celu zachowanie jednolitego charakteru okolicy. Jak w sąsiedztwie nowej inwestycji stoją domy w stylu wiktoriańskim czy gregoriańskim to nasz ma się do tego dopasować, bo żaden wydział planowania w UK nie zatwierdzi takiego projektu, który odbiega architekturą, sposobem wykonania czy detalami od tego, co jest o okolicy. Co bardzo znamienne dla tych przepisów – nawet jak w zasięgu wzroku od nowej inwestycji nie znajdują się inne zabudowania – to taki domek na wsi też musi się wpasować jak nie w styl budownictwa charakterystyczny dla tej krainy, to już na pewno musi być zgodny tym, co wokół niego rośnie. Ma po prostu dobrze wyglądać w krajobrazie. Nie niszczyć go, ale się w niego wpasować.  No i słusznie, bo wszystko to tworzy obraz Anglii, który jest tak bardzo rozpoznawalny na świecie. Program jest bardzo ciekawy, ale takie programy jednak powinny być w Polsce zakazane prawnie. Dlaczego? Ano, bo po ich obejrzeniu człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego coś, co u nich jest normą, u nas jest… pełną dowolnością.

 

Kiedyś mój kolega przekonywał mnie, że na wyspach brytyjskich panuje prawdziwa wolność. I miał pewnie racje, jeśli chodzi o politykę, życie społeczne i tak dalej. Ale jeśli chodzi o budownictwo to zdecydowanie w Polsce jest prawdziwa wolność. Jeśli nie całkowita dowolności. Prawdziwa wolność szlachecka można powiedzieć. Wszystko u nas odbywa się w myśl zasady: wolność Tomku w swoim domku. Nie muszę szukać przykładów. Jest ich pełno. W moim prowincjonalnym mieście jest ulica, na której każdy dom jest w innym stylu. Tu chatka jak z piernika. Tam wieżowiec. Za nim kamienica z początku dziewiętnastego wieku. Za nią kilka parterowych pawilonów handlowych. Potem znów kilka willi, a każda inna. Potem kościół w stylu, który przypomina wszystkie style, jakie są znane architektom. Za nim nowoczesny biurowiec między dwiema kamienicami sprzed drugiej wojny światowej.  Jeszcze kiosk z gazetami. Przestanek autobusowy naprzeciwko niego całkiem inny, choć dzieli ich tylko szosa. Potem barak i za nim znów pawilony handlowe. No i dla dopełnienia jeszcze chodniki. Ich styl, co kilka kroków jest inny.  Betonowe płyty, potem kostka, znów płyty, asfalt. Ale jedno je łączy – dziury i nierówna powierzchnia. I to wszystko przy jednej ulicy na przestrzeni niespełna kilometra. Pełna dowolność. Każdy buduje to, co mu się podoba i jak mu się podoba. Jak inwestor chce ceglane wieżyczki – proszę bardzo są wieżyczki. Jak ma być beton i szkło – dlaczego by się? Można. Dach spadzisty? Proszę. Kryty papą? A dlaczego nie? Jak ktoś wybudował i nie stać, go na otynkowanie to przecież może takie coś stać przez lata i straszyć. 

 

Wszystko to razem wywołuje u mnie dyskomfort trawienny – jakby powiedziała pani występująca w pewnej reklamie. Nikogo z władz mojego miasta nie interesuje jednorodność stylu. Ważniejsze są widać podatki za nieruchomość niż to, jak to coś będzie wyglądało i czy będzie się komponować z otoczeniem. Prawdziwym szczytem indolencji jest zezwalanie przez urzędników na niszczenie zabytkowych dziewiętnastowiecznych kamienic. Chce sobie ktoś pomalować na jaskrawy zielony kolor kamienicę? Ależ proszę! Sąsiad machnie na brązowo. No właśnie.  I jak to teraz wygląda? Ohyda. – Jak gówno w lesie – jakby się wyraził gospodarz domu, niejaki Anioł. A, i jeszcze jedna uwaga. Te kamienice malowane są na te nowe kolory tylko na wysokości parteru. A wyżej? No wyżej, to już wszystkie są szare i zniszczone ze starości. Ale czy to komuś przeszkadza. Urzędnikom miejskim w najmniejszym stopniu. Bo u nas szlachcic na zagrodzie – przepraszam kamienicznik u siebie – jest równy wojewodzie. Prawdziwa wolność. A ja jednak wolałbym mieć te kłopoty, które mają Anglicy ze swoimi urzędnikami w wydziału planowania.