Najpierw prawo a następnie porządek
Dziewięćdziesiąt jeden procent naszego społeczeństwa popiera rządową wersję walki z dopalaczami. To bardzo dużo. I czemu tu się dziwić. Przecież od kilku tygodni trwa nieustanna medialna nagonka na firmy handlujące tymi substancjami. Nawet minister zdrowia nakazała kilka dni temu sporządzanie szczegółowych raportów w tej sprawie. Wcześniej nie było takich danych. A jak się pojawiły to i tak szybko okazało się, że odnotowano sześćdziesiąt zgłoszeń związanych z ubocznymi skutkami zażywania dopalaczy. I rząd wraz z premierem wyruszył na wojnę. To, co było legalne, w przeciągu jednej nocy stało się nielegalne. Główny inspektor sanitarny zdecydował o wycofaniu produktu o nazwie Tajfun i wszystkich podobnych do niego środków oraz o natychmiastowym zamknięciu wszystkich punktów, które je oferują. I tak w trybie nadzwyczajnym i ekspresowym rozpoczęła się wielka ogólnokrajowa akcja, w którą zaangażowano kilkuset inspektorów sanitarnych oraz kilka tysięcy policjantów. Lotne brygady urzędników i funkcjonariuszy odwiedziły sklepy i hurtownie z dopalaczami zabezpieczając specyfiki sprzedawane w tych punktach. Bo nagle stały się nielegalne na mocy… No właśnie na mocy, czego? Na mocy jakiegoś prawa? Nie wiem, jakiego, bo mimo tego, że usilnie starałem się znaleźć jakąkolwiek informację na temat podstawy prawnej tych działań znalazłem tylko ogólniki o tym, że to działania mające na celu dobro społeczeństwa oraz wyższą konieczność.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Ja nie staję w niczyjej obronie. A najmniej w obronie dopalaczy. Niemniej wydaje mi się dziwnym fakt, że coś, co jest legalne dnia poprzedniego… W ciągu jednej nocy staje się nielegalne. I nad ranem mamy już zupełnie inną rzeczywistość. Prawnie niewiele lub prawie nic się nie zmieniło, ale rozpoczęła się wielka wojna. To jak z amerykańskiego filmu niskiej klasy. Superbohater dowiaduje się o nieszczęściu pewnej zagubionej grupy młodych ludzi. Wcześniej o niczym nie wiedział, bo był zajęty znacznie ważniejszymi sprawami. Ale jak się już dowiedział, to bardzo się zdenerwował tym, że jest tak źle. Postanowił od razu przystąpić do działania. Wysłał specgrupę, która rozprawiła się w problemem w jeden dzień. To znaczy w jedną noc. Dobry szeryf zaprowadził porządek w miasteczku. I teraz zapanuje ogólna szczęśliwość w naszej krainie. Może i szeryf działał na granicy prawa, ale przecież w dobrej wierze i wszyscy powinniśmy być z niego dumni. Zadziwia mnie taka akcyjność. Problem dopalaczy był od dawna dobrze wszem i wobec znany, ale za każdym razem słyszałem, że nie ma żadnych podstaw prawnych żeby się z nim uporać. Bo przecież handlarze dopalaczami to przeciwnik – istny czarny charakter – bezwzględny, ale i wyrafinowany, któremu od dwóch lat udawało się przechytrzyć państwo. I faktycznie tak właśnie było. Nic się nie zmieniało. Tysiące urzędników nie znalazło żadnych podstaw prawnych, aby zlikwidować legalnie działające interesy kpiące sobie z prawa działając na jego granicy. Handlujący dopalaczami, zmieniając sukcesywnie zakazywane substancje na coraz to nowsze, które jeszcze na czarnej liści ministerstwa zdrowia się nie znalazły, skutecznie omijali wszelkie państwowe zakazy. Nie wspomnę już o tym, że sprzedawano tam przecież substancje kolekcjonerskie, a nieprzeznaczone do spożycia. O czym informował stosowny napis na opakowaniu.
Ale przyszła pewna noc. Noc wielkich zmian. Wielki szeryf zadecydował. Jego zastępcy wykonali sprawnie brudną robotę… A prawo? Prawo uchwali się w stosownym czasie. Potem. – Wczoraj sklepy z dopalaczami zniknęły w Polsce raz na zawsze – mówił premier Donald Tusk do narodu. Szef rządu nie ukrywał, że wydał specyfikom regularną wojnę. – Nie ustąpimy. Jak trzeba, będziemy działali na granicy prawa, ale w ramach prawa, żeby handlarzy dopalaczami dopaść – zapowiedział. A ja się zastanawiam czy na dopalaczach się skończy? Mogę sobie nawet wyobrazić taką sytuację, w której papierosy staną się z dnia na dzień nielegalne. Przecież na każdej paczce jest stosowny napis, że palenie zabija. Ale nie… Przecież… Zapomniałem one są obłożone akcyzą, więc nic im nie będzie. Tymczasem wojna z dopalaczami przypomina klasyczną zasadę, że paragraf zawsze się znajdzie jak się dobrze poszuka. I jak widać coś, co trwało w legalności aż dwa lata teraz można zmienić w sposób bardzo przyspieszony. Szkoda tylko, że prawo, które nie nadąża za życiem musi nadrabiać jakimś specjalnym działaniem na jego granicy. – Wszystko to jest robota od dupy strony – jak mawia mój znajomy.
