Życie na podsłuchu
Nie wiem czy to jest bajka czy to nie jest bajka. Ja wolałbym się jednak nie domyślać czy taka sytuacja miała miejsce czy też nie miała miejsca. Ja wołałbym żeby takie sytuacje – jak bezprawne inwigilowanie dziennikarzy – po prostu były niemożliwe. – Władza PiS chętnie podsłuchiwała, obserwowała i prowokowała. Nie dziwcie się tak. Tamta władza chętnie korzystała z tego typu narzędzi i podsłuchiwała, obserwowała, czy prowokowała nie tylko dziennikarzy – powiedział szef rządu dziennikarzom w Sejmie. Jeśli tak mówi premier to można mu chyba wierzyć i mieć tylko nadzieję, że to, o czym mówi należy już do przeszłości. Ale czy na pewno to już odległe czasy błędów i wypaczeń? – Nie mam zamiaru komentować bajek – mówi były premier ten, który w swym przynajmniej mniemaniu jest bardziej prawy i sprawiedliwy. Czyli mamy tu z jednej strony przypuszczenie, że tak było i z drugiej zaprzeczenie takiej informacji. Można naprawdę zgłupieć. Ale chyba najważniejsze jest to, że tak naprawdę nigdy do końca nie poznamy tego jak dalece jesteśmy nielegalnie kontrolowani. – Służby na całym świecie ulegają pokusie władzy. Tak będzie do końca świata – mówi premier. Czyli wielkie podsłuchiwanie i podglądanie w stylu wielkiego brata, to nie tylko przeszłość, ale i teraźniejszość, do której musimy się przyzwyczaić. Bo jak wskazują słowa szefa rządu, chęć kontrolowania każdego jest wpisana w pracę każdych służb specjalnych.
– To byłoby nawet śmieszne gdyby nie było tragiczne – przy prawie każdej okazji powtarza to zdanie mój znajomy. Gdy wyczytałem w Gazecie Wyborczej o podsłuchiwaniu telefonów dziennikarzy przez służby specjalne oraz o tym, że śledztwo w tej sprawie zostało przez prokuraturę umorzone doznałem właśnie takiego wrażenia jak mój kolega. Rozśmieszyło mnie to, że w demokratycznym państwie prawa, które ustami swoich przedstawicieli na każdym prawie kroku tę właśnie demokratyczność i praworządność podkreśla, możliwe jest podsłuchiwanie dziennikarzy bez uzasadnionej przyczyny. Śmieszne jest też to, że wymiar sprawiedliwości nie odnalazł w tych poczynaniach służby żadnych znamion przestępstwa. Czyli teoretycznie funkcjonariusz Zenon może sobie spokojnie podsłuchiwać obywatelkę Zofię jakieś dwa lata i nic mu nie będzie, bo przecież według prokuratury nie ma w tym działaniu znamion przestępstwa. Bo jeśli można nie znaleźć niczego podejrzanego w tak głośnej sprawie podsłuchów u dziennikarzy to, jakie ja – zwykły obywatel szarak – mam szansę, jeśli komuś ze służb specjalnych z przyczyn dla mnie niepoznanych przyjdzie do głowy posłuchać tego, co mówię przez telefon do koleżanki czy kolegi. Oczywiście pewnie nawet nie wiedziałbym, że mnie słuchają. I to jest właśnie tragiczne. Bo po takich doniesieniach coraz częściej patrzę na swój telefon z pewną dozą… Podejrzliwości.
W zasadzie to nie wiem czy powinienem pisać o podsłuchach, bo jeszcze mnie ktoś pozwie. Jak przecież prokuratura prowadziła śledztwo, zapewne wnikliwie i potem umorzyła sprawę to pewnie nie wolno teraz nawet sugerować, że coś takiego jak podsłuchiwanie dziennikarzy było w ogóle możliwe? Uzasadnienie umorzenia jest tajne, choć to się wydaje dziwne, jeśli nic się przecież nie działo i nic się nie stało w sprawie podsłuchów. Po co więc ta tajność przez poufność? Nie wiem. Dlatego może i lepiej będzie jak napiszę, że w latach dwa tysiące pięć do dwa tysiące siedem agencja bezpieczeństwa wewnętrznego, Centralne Biuro Antykorupcyjne i policja zbierały dane na temat rozmów telefonicznych, co najmniej dziesięciorga dziennikarzy. I tylko tak zastępczo i dla uproszczenia nazywam to podsłuchiwaniem. Ja tam już dawno wiem, że postępowania instytucji państwowych nie można tak do końca zrozumieć. Bo one kierują się zrozumiałą tylko dla nich logiką. Ale niech ktoś mi wyjaśni jak to jest, że z jednej strony mamy prokuratorskie umorzenie w rytm przeboju: chłopaki nic się nie stało, a z drugiej strony, dziennikarskie śledztwo, którego owocem jest tabela zleceń, które służby składały u operatora telekomunikacyjnego, by dostać dane o połączeniach oraz wykaz logowań w stacjach bazowych BTS pozwalający prześledzić, gdzie i kiedy znajdował się tam abonent. Z jednej strony zaprzeczenia byłych szefów służb, a z drugiej powołanie się na konkretne dokumenty. – Nie chcemy rządów złych ludzi – mówił prezes Jarosław Kaczyński. W kontekście doniesień o nielegalnej inwigilacji należy tylko się z nim zgodzić.
