Dziennikarstwo abstrakcyjne
Do tej pory żyłem sobie w spokojnym przekonaniu, że na tyle orientuję się w rynku prasowym, by z łatwością odróżnić poważną prasę od tej – nazwijmy ją – brukowej. W tej pierwszej można się spodziewać artykułów prawdziwych i najczęściej tak właśnie jest. Za to w prasie bulwarowej dość często można znaleźć teksty, które do prawdy dopiero aspirują. Dla mnie do tej pory na pierwszym miejscu mojej prywatnej listy dziennikarskiej blagi był cykl reportaży o płynącym w górę Wisły wielorybie. Wielka ryba jak wynikało z doniesień dziennikarzy rozpoczęła swoją podróż od Zatoki Gdańskiej a następnie skierowała się w górę rzeki. Dziennikarze wyśledzili, że wszystko wskazywało na to, iż wieloryb – ochrzczony przez dziennik Fakt Lolkiem – zmierza do stolicy. Gazeta martwiła się, jak pokona tamę we Włocławku. Przez kilka numerów można było śledzić przygody sympatycznego wieloryba zmierzającego do Warszawy. To naprawdę było coś wielkiego. Wydawało mi się niemożliwe żeby ktoś nazywający się dziennikarzem wymyślił coś tak absurdalnego, ale jak widać można.
Na drugim miejscu mojej subiektywnej listy artykułów prasowych mijających się z prawdą znajdował się do niedawna tekst – również z dziennika Fakt – w którym opisano wieś Bracholin w województwie wielkopolskim. Jej mieszkańcy mieli porzucić swoje codzienne zajęcia, by dzień w dzień upijać się do nieprzytomności wodą z pobliskiego jeziora, która ma zawierać trzydziestoprocentowy alkohol. Dziennikarze Faktu wyśledzili, że w tej wsi jezioro czy też staw – nie pamiętam już dokładnie – zamienił się wódkę ku uciesze okolicznych gospodarzy, a przerażeniu mieszkających we wsi kobiet. Przypominam też sobie jak gazeta Fakt opisała przypadek pana Sławka, który posiadł niezwykłą umiejętność widzenia kobiet nago. Nabył ją, gdy oglądając się za dziewczyną, uderzył głową w słup. Do tej pory opisałem artykuły z gazety, która choćby samym tytułem sugeruje, że to, co się na jej łamach znajduje to fakty. Ale zapewne też wielu czytelników zdaje siebie sprawę, że niekiedy to, co tam jest opisane nie zawsze zawiera prawdę. Zapewne jest tak, że wielu czytelników łatwo rozróżnia, co w tych redakcyjnych tekstach jest prawdą, co tyż prawdą a co gówno prawdą, – że odwołam się do klasyka. Gorzej, jeśli bzdury wypisuje gazeta, która nie bardzo kojarzy się z prasą bulwarową.
Kiedyś sam opisywałem w tym miejscu rewelację Naszego Dziennika, który w wywiadzie z pewnym politykiem sugerował – w imię teorii spiskowej – przyczyny katastrofy rządowego samolotu pod Smoleńskiem. – Nie tylko ja odnoszę wrażenie, że nawet gdyby prezydencki samolot został zestrzelony ogniem artylerii przeciwlotniczej, to i tak byśmy się dowiedzieli, że to była wina pilotów – twierdził parlamentarzysta prawy i sprawiedliwy, który snuł swoje przypuszczenia, co do przyczyn tragedii, w gazecie Nasz Dziennik. Ale to był tylko wywiad, więc można to jeszcze wybaczyć. Słyszałem też od kogoś, że istniał artykuł sugerujący, że katastrofa smoleńska została spowodowana użyciem przez zdradzieckich Rosjan ogromnego magnesu, którym przyciągnęli maszynę do ziemi. Nie wiem, nie widziałem. Tylko o tym słyszałem, ale jeśli istniał taki tekst to zmieniłoby to wiele na mojej prywatnej liście tekstów absurdalnych. Poniosło mnie z tym sugerowaniem prawdy i nieprawdy dziennikowi. Widać stało się to pod wpływem tych faktów z faktów, o których pisałem na stępie. Dobrze, może to nie najlepsze przykłady absurdów z gazet nie będących, tabloidami. Bo pierwszy to wywiad, a drugi to tylko coś, co zasłyszałem. Ale to, co opiszę teraz jest faktem.
