Kapania nienawiści
Mam kłopot. Jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem. Nie tylko ja tak o sobie myślę, ale myślą tak o mnie ci, którzy znają mnie prywatnie. Mam kilka wad, jak każdy. Jedną z nich jest to, że mam zawsze swoje zdanie i nie mogę się powstrzymać by go nie wypowiedzieć publicznie. Jak coś mam do kogoś to mu to mówię wprost. Dlatego mam też wrogów. Takich, co to ściskają się ze mną na ulicy a gdy mnie nie ma w pobliżu opowiadają, jakim to jest złym człowiekiem. A skąd kłopot? Już mówię. Czasem zdarzało mi się w przeszłości i teraz też się tak przydarzy, że pozwalałem sobie na krytykę tego, który sam siebie uważa na najbardziej prawego i sprawiedliwego polityka w Polsce. Czyli zdarzało mi się po wielokroć nawiązywać słownie do „kampanii nienawiści”. To takiej kampanii jak ją rozumie prezes pewnej partii opozycyjnej. Tej największej i najgłośniejszej. Ja tam wcale nie żywiłem w stosunku do niego żadnych uczuć. No może poza litością. Nie mogę powiedzieć, że go kochałem. Ale nie mogę powiedzieć też, że go nienawidziłem. Gdy już pisałem o prezesie prawych i sprawiedliwych to starałem się tylko pokazać jego głupotę. Taką zwykłą ludzką głupotę. Ale to jeszcze bardzo dalekie było od nienawiści. Choć pewnie sądząc po wypowiedziach partyjnych działaczy podległych prezesowi wpisywałem się w nurt „kampanii nienawiści”. Bo dla nich każda krytyka to nienawiść do ich partii. Wiem, mnie też czasem ciężko jest znieść złe słowa o mojej osobie, ale nigdy nie mówiłem, że w stosunku do mnie trwa jakaś zmowa nienawiści. A już na pewno nie pozwoliłbym sobie na sugerowanie, że „każde słowo, które będzie nawiązywało do „kampanii nienawiści” będzie wzywaniem do morderstw, ktokolwiek je wypowie, polityk czy dziennikarz”. A tak powiedział wczoraj prezes prawych i sprawiedliwych. I z tym właśnie mam kłopot.
Bo czy ja nawoływałem czy dziś nawołuję do morderstwa? Czy krytyka głupich wypowiedzi i nieporadnych czynów polityka może wzywać do morderstwa? Jeśli słowa mogą zabijać to, co muszą dziś czuć politycy! Ci po dwóch stronach barykady swych własnych nienawiści. Nie ja tu jestem winien temu, co stało się w siedzibie łódzkiego PiS. Ja tego nie zaczynałem. Ja to tylko komentowałem. Tak jak wielu – wśród dziennikarzy i wśród zwykłych ludzi. Nie może być winny za walki kibiców na stadionie komentator sportowy. Wina jest w was politycy. Odpowiedzialność jest po waszej stronie. Ten, kto sieje wiatr ten zbiera burze. Nie dziennikarze wymyślili spory o krzyż. Nie w mediach wywołano wieczne spory o odpowiedzialność za katastrofę lotniczą. Tak, to wy w swych wypowiedziach nawoływaliście do nienawiści. Więc teraz nie ma, co przerzucać się odpowiedzialnością. Teraz nie trzeba mówić: to nie ja to kolega. To ty jesteś winna polityczna elito. Tak już daleko zaszliście w swych sporach o ideologie, że zapomnieliście o nas. Zapomnieliście o ludzkich emocjach. Podkładaliście ogień pod kocioł, w którym w końcu zawrzało. I teraz macie czelność mówić, że to nie wy? Wina jest tam gdzie wielu walczy o władzę. Nie o lepszą Polskę o zwykłą władzę. Jak wyglądają sale sejmowe podczas głosowań nad rolnictwem a jak wyglądają burzliwe debaty, gdy spór idzie o ideologię, czyli tak naprawdę o nic konkretnego. Nie wolno rozpalać emocji do granic wytrzymałości a potem szukać odpowiedzialności po stronie przeciwnika politycznego. Wszyscy bez wyjątku są winni. To całkiem tak, jakby torreador machając czerwoną płachtą przed bykiem, potem miał do zwierzęcia pretensje o to, że ten wziął go na rogi.
Zgadzam się z prezesem, że „to wydarzenie nie miało charakteru przypadkowego”. Jeśli szaleniec zabija człowieka to tragedia. Ale większą tragedią jest usilne dopasowanie odpowiedzialności za ten czyn do konkretnej osoby. Uważam, że winą można obarczyć to, co wyprawia się od lat na naszej scenie politycznej. Że przyczyną są te odwieczne i brutalne spory o nic. O doktryny, przekonania, ideologie, teczki, religie i tym podobne. Ja wolałbym dyskusje o czymś, co przyniesie wymierny efekt, a nie o odpowiedzialności za usunięcie krzyża spod pałacu prezydenckiego. Moherowe berety nie były początkiem, były już wynikiem ideologicznej konfrontacji bez oglądania się na konsekwencje. Teraz doszło do fizycznej agresji, bo słowa polityków, które atakują nas zwielokrotnione z telewizji, radia, gazet i internetu nie są tylko słowami. To, że o kimś się mówi, że jest agentem obcego mocarstwa do kogoś dociera. Tak samo jak słowa o dożynaniu watach. Słowa są jak ziarno. Gdy padną na podatną glebę, nie tylko rodzi się z nich dobro, ale też i zło. A odpowiedzialność jest zawsze po stronie tych, którzy sieją, a nie tych, którzy tylko się przyglądają i komentują.
