Jeśli nikt nie wie, o co chodzi…

Obublikował pavvel dnia

Kiedy byłem małym chłopcem to uległem wielkiej pokusie. W latach mitycznych już dzisiaj -dla niektórych obywateli naszej ojczyzny – kiedy niczego nigdzie nie było, ja przez przypadek znalazłem w domu wielką torbę cukierków.  I uległem pokusie. Dzień po dniu podjadałem czekoladki z torby aż zjadłem prawie wszystko. Gdy na dnie torby zostało ledwo parę cukierków rodzice odkryli mój występek i wybuchła awantura. A ja pchany dziecięcą naiwnością starałem się ich usilnie przekonać, że największą dla mnie karą będzie to, iż nie dostanę już więcej słodyczy. Ewentualnie mogę się zgodzić na ich wydzielanie poprzez niezależnego arbitra, czyli moja mamę. Oczywiście nie chodziło mi o całkowity zakaz spożywania słodkości, ale o zakazanie mi dostępu do tej konkretnej torby z łakociami, w której pozostało i tak już niewiele. Pamiętam też, że moje dziecięce zachowanie wzbudziło wiele radości w rodzicach i burza, która rozpętała się nad moją głową jakoś przeminęła. Wesołość w moich rodzicach wzbudziło to, że po pożarciu w tajemnicy prawie wszystkich cukierków za rozwiązanie powstałego problemu uznałem zakaz dostępu do tego, co zostało. Taka naiwna dziecięca logika. Ale jak widać nie tylko ja tak postępuję. Są w naszym państwie osoby, które też stosują tę moją dziecięcą receptę na rozwiązanie sprawy zawłaszczonych słodkości.  Rząd podczas dzisiejszego posiedzenia zajmie się przepisami likwidującymi komisję majątkową. Ten zespół powołany wiele lat temu, uczestniczył w procesie zwrotu kościołowi katolickiemu majątku przejętego przez PRL-owskie władze. Komisja rozpatrzyła dwa tysiące osiemset spraw. Pozostało jedynie około dwustu dwudziestu nierozstrzygniętych. Czyli w tej wielkiej torbie cukierków, jakim był majątek przekazany kościołowi zostało i tak już niewiele.

 

W naszym demokratycznym kraju prawa, działała przez dwadzieścia lat instytucja, w której skład wchodziło po sześciu przedstawicieli rządu i episkopatu i która posiadała władzę, można by rzec ostateczną.  Komisja wydawała większość decyzji o przekazaniu majątku bez konsultacji z samorządami czy zarządcami nieruchomości oraz co najważniejsze, bez możliwości odwołania się do sądu od jej werdyktów. Spora władza przez nikogo niekontrolowana, od której nie można się było w żaden sposób odwołać. Komisja jak informowały media często nie weryfikowała wycen gruntów przedstawianych przez rzeczoznawców Kościoła, co prowadziło do znacznego zaniżania ich wartości. Odnoszę wrażenie, że jest to przypadek, w którym kilka osób na mocy dziwnego i niezrozumiałego prawa dysponowało naszym wspólnym majątkiem narodowym i dowolnie według własnej oceny przekazywało go kościołowi. Teraz jak niewłaściwości tej sytuacji stały się bardziej widoczne dla opinii publicznej, sprawę załatwia się tak, że likwiduje się przedmiot sporu. I po sprawie. A co z majątkiem już przekazanym? Jeśli wszystko było i działało właściwie to, po co likwidować komisję, jeśli zostało jej do rozstrzygnięcia kilkaset spraw? Jeśli były nieprawidłowości w jej działaniu to, co z tymi kilkoma tysiącami decyzji już wydanych? Nic nie rozumiem. Kościół przejął majątek wart ponad dwadzieścia cztery miliardy złotych. Oczywiście to jedna z wycen, bo i tu są znaczne rozbieżności. Sąd Rejonowy w Gliwicach aresztował na trzy miesiące pełnomocnika instytucji kościelnych z komisji majątkowej przy MSWiA Marka P. Jest on podejrzany o korumpowanie osoby pełniącej funkcję publiczną w komisji oraz o wielomilionowe oszustwa. Czyli wchodzą tu w grę duże pieniądze. Jak widać coś jest na rzeczy, bo bez powodu nikogo mam nadzieję się w Polsce nie aresztuje.  I co teraz? Teraz mówi się nam, że tak właściwie to wszystko było poprawne w działalności komisji majątkowej, ale tak na wszelki wypadek się ją zlikwiduje. Żeby chyba nie kusiło? Nie wiem. I podejrzewam, że niewielu wie.